Number Nine #6

Syn George’a Martina, Giles, urodził się 9 października 1969 roku, w 29. urodziny Johnna Lennona. Podobno Lennon był tym zadziwiony. Jak się musiał zdziwić sześć lat później, gdy urodził się jego drugi syn, i jedyne jego dziecko z Yoko. Sean Ono Lennon urodził się 9 października 1975, w dniu urodzin swojego ojca. 

Reżyser dźwięku, manager wytwórni płytowej, pianista, dyrygent i aranżer sir George Martin podpisał z Beatlesami pierwszy kontrakt płytowy, zrealizował wszystkie ich płyty z wyjątkiem jednej i był niezmiennie zafascynowany talentem każdego z nich. Jego syn Giles jest naznaczony Beatlesami, ale został producentem muzycznym bardziej z przymusu, nawet nie z przypadku. George zaczął tracić słuch i prosił syna o pomoc w swoich produkcjach. Giles stał się uszami ojca, a za tym poszła fascynacja całym jego dorobkiem. Kiedy w 2006 roku pojawiło się zamówienie na nowy, alternatywny miks kilku piosenek Beatlesów, który miał być ścieżką dźwiękową dla przedstawienia Cirque du Soleil, zdecydowali się wykonać ten projekt wspólnie. Efektem jest frapująca płyta „Love”. 

W ten sposób Giles Martin stał się nadwornym producentem dorobku zespołu The Beatles. Kiedy zbliżały się jubileusze pięćdziesięciolecia kolejnych płyt Bitli, to właśnie on został poproszony o wykonanie reedycji. Wznowień płyt Bitelsów jest mnóstwo, ale te miały być szczególne, ponieważ nie miały być kolejnymi poprawionymi kopiami z masteringowych taśm stereofonicznych, tylko prawdziwymi remiksami z oryginalnych śladów zarejestrowanych w studiu. Praca karkołomna, ale skuteczna, bo te płyty brzmią naprawdę genialnie. Wcześniejsze wydania mnożyły się bez kontroli, każde z nich jest inne w zależności od nośnika, roku i kraju wydania. Część wydań amerykańskich ma niewiele wspólnego z wydaniami brytyjskimi – nawet piosenki są inne! Ale i na rodzimym rynku płyty mocno różniły się od siebie, tym bardziej, że w obiegu były wersje zarówno monofoniczne, jak i stereofoniczne. Jeśli się nie mylę, tylko „Abbey Road” i „Let it be” zostały wydane wyłącznie w stereo. Do tego dochodzą różne wydania na kasetach i CD, kopie kopii, wydania pirackie i bootlegi. Wersje na 50-lecie miały więc być takim ostatecznym rozwiązaniem, takim miksem doskonałym. I niewątpliwie są. 

Dziewiąty rok lat sześćdziesiątych był zupełnie wyjątkowy. Odbył się pierwszy wielki festiwal muzyczny, Woodstock. Powstało kilka genialnych płyt będących ikonami popkultury. Natomiast co do samych Beatlesów, to był rok zarówno porażki, jak i triumfu. W styczniu wielka czwórka spotkała się w studiu, by zrealizować bliżej nieokreślony projekt filmowy. Idea była taka, żeby nakręcić Beatlesów w trakcie pracy. Rzeczywiście wszędzie towarzyszyły im kamery, tyle że oni nie bardzo pracowali. Źle się czuli w wielkim, zimnym studiu filmowym i choć muzyka była jak zawsze na poziomie, niespecjalnie dobrze im się grało. W tle majaczył pomysł minitrasy koncertowej. Nie grali koncertów już od trzech lat i choć na przełomie 1966 i 1967 roku dobrze im to zrobiło, teraz najwyraźniej zaczęli za nimi tęsknić. Pomysłów było wiele. Ktoś rzucił, by zorganizować ogromny koncert w Himalajach, i pewnie mieli na to środki, ale nikomu się nie chciało. Wreszcie przenieśli się do własnego studia nagraniowego, mieszczącego się w piwnicy siedziby ich firmy wydawniczej Apple, przy Saville Row w centrum Londynu. Tam grali, komponowali nowe piosenki całkiem sprawnie, a wokół kręciły się kamery. Ale… koniec projektu wyznaczony był na koniec stycznia, styczeń miał się ku końcowi, a końca projektu nie było widać. Wreszcie postanowili wynieść sprzęt na dach budynku Apple i tam zagrać dla niespodziewającego się niczego Londynu. 30 stycznia 1969 roku zespół The Beatles zagrał swój ostatni koncert. Który oczywiście został nakręcony na taśmę filmową.  

Film, wyreżyserowany przez Michaela Lindsay-Hogga, ukazał się w telewizji. Od tamtego czasu nie jest dostępny w żadnym oficjalnym wydaniu. Dopiero niedawno postanowiono, że odświeży go najlepszy reżyser ostatnich czasów, Peter Jackson, ten od „Władcy Pierścieni” i „Hobbitów”. Jackson siedział nad oryginalnymi taśmami kilka lat, nowa wersja filmu miała już nawet być gotowa przed pandemią, ale ostatecznie ukazała się w zeszłym tygodniu [pisząc to, jeszcze jej nie znam]. Za to w październiku ukazała się reedycja płyty „Let it be”, na nowo zmiksowana przez Gilesa Martina. Tu był pewien problem. McCartney nie lubił tej płyty, a zwłaszcza zmiksowanego przez Phila Spectra, przekobinowanego singla ”The long and winding road”. Kiedy w 2020 roku Giles Martin dostał zadanie odnowienia tej płyty i tego utworu, zadzwonił do McCartneya: „Jesteś pewien, że mam to zrobić? Nie lubisz tej wersji” – „No cóż, nie zmienimy biegu historii. Rób, co masz robić” – odpowiedział kompozytor. Ta płyta już jest dostępna i brzmi fe-no-me-nal-nie.

Jesteśmy w styczniu 1969, Beatlesi próbują nagrać film, nie bardzo im idzie, atmosfera jest co najmniej średnia, a wokół kręcą się kamery. Dwa tygodnie przed koncertem na dachu George Harrison pokłócił się z Paulem, który, świadomie lub nie, zgrywał szefa. George’a zawsze to denerwowało, ale wtedy po prostu wziął gitarę i wyszedł. Kilka dni później Lennon powiedział: Trudno, jeśli George nie wróci do poniedziałku, poprosimy Erica Claptona, żeby zagrał. Dziś Clapton zaprzecza, że było to możliwe. Był bliskim przyjacielem George’a i nie wyobrażał sobie zajęcia jego miejsca w zespole. Ostatecznie George spotkał się z pozostałymi i zgodził się na powrót pod dwoma warunkami: przenosin do studia w siedzibie Apple i wzięcia do zespołu pianisty Billy’ego Prestona. To był powiew świeżości. Wszyscy natychmiast zauważyli poprawę w stosunkach międzyludzkich i w samej muzyce. Billy Preston wystąpił w większości utworów na „Let it be” oraz w koncercie na dachu i jest jedynym człowiekiem, który zagrał jako pełnoprawny, podpisany imieniem i nazwiskiem muzyk, uzupełniający zespół The Beatles. Nikt inny nie zaznał tego zaszczytu, nawet sam „bóg gitary” Eric Clapton.

6. While my Guitar Gently Weeps

Na Białym Albumie jest kilka kompozycji George’a Harrisona, ale ta się wyróżnia. Nie tylko piękną, prostą sekwencją akordów i wspaniałą melodią, ale głównie boskim solem gitarowym. Przez lata byłem przekonany, że to śpiewa gitara Harrisona. Nic bardziej mylnego – to właśnie Eric Clapton. Po prostu któregoś dnia Harrison zaprosił Claptona do studia i wręczył mu jednego ze swoich Les Pauli. Co ciekawe, była to gitara, którą dostał wcześniej w prezencie właśnie od Claptona. Zagraj mi to, Eric. Efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania. „While my guitar…” w warstwie tekstowej mówi o powolnym rozpadzie ukochanego zespołu Harrisona. Ale muzyka jakby temu zaprzecza. Ta sytuacja – rok przed przyjęciem Billy’ego Prestona – to pierwszy raz, kiedy George wprowadził do zespołu muzyka spoza ich grupy. I jak dobrze to robi muzyce! Różnica polegała na tym, że Claptona nawet nie wymieniono na okładce albumu, a on o to nie prosił. Ten utwór został nagrany w sierpniu 1968 roku, podczas nagrań Białego Albumu, w pierwszej sesji po powrocie pierwszego członka zespołu, który postanowił go opuścić: Ringa Starra.

Tak, Ringa. Jest faktem dość znanym, że podczas pracy nad Białym Albumem Beatlesi działali w kompletnym chaosie. Może dlatego jest tu tyle utworów, i tak bardzo różnych. Niektórzy uważają to za wadę, ja się z tym nie zgadzam. Nieco więcej na ten temat opowiem w następnym odcinku.

CDN

3 uwagi do wpisu “Number Nine #6

    1. To prawda. Pamiętam dzień jego śmierci, to było niedługo po 11 września, ten rok wydawał się taki ciężki i zły, zupełnie jak dwa ostatnie…
      To był bardzo ciekawy człowiek. W tym cyklu wspomnę o nim, choć muszę przyznać, że najkrócej z całej czwórki.

      Polubienie

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s