Piszcie!

Podupadam z pisaniem. Blog kuleje, ale to mnie jeszcze nie boli. Zdarzało mi się, że całymi tygodniami nic nie pisałem, bo nie miałem nic do powiedzenia. A potem nagle wylewałem na elektroniczny papier stertę słów. Wszystko było ok. Ostatnio jednak łapię się na tym, że nie piszę chronicznie, bo chronicznie nie mam nic do powiedzenia. Czy to się nie robi niebezpieczne?

Pisarz nie jest pisarzem dlatego, że napisał kilka książek. Nie jest pisarzem dlatego, że wykłada literaturę. Pisarz jest pisarzem tylko jeżeli może pisać teraz, dziś wieczorem, w tej chwili.

Kiedyś to się robiło samo – siadałem i pisałem, bo miałem ochotę i jakiś zarys w głowie. Nawet zarysu nie potrzebowałem, wystarczyło przejrzeć kilka kilo z całych ton moich notatek, by wpaść na jakiś schemat, łączący kilka pozornie odległych myśli. Teraz notatek mam nie mniej, tylko jakby mniej płynie z nich wniosków. No cóż, być może mój (prawie) 41-letni mózg nie ma już świeżości, którą miał zaledwie kilka chwil temu, ale jeśli nawet, to czy powinienem przechodzić nad tym do porządku dziennego? O nie, kurwa!

Mamy zbyt wielu byłych pisarzy. Mam wrażenie, że pisarstwo przyciąga najgorszych, nie najlepszych.

Skoro myśli nie pobudzają pisania, bo ich nie ma, to może pisanie pobudzi myślenie i, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, wszystko się zapnie? Krzepiąca myśl! Wystarczy zacząć, ruszyć, zrobić jeden krok do przodu. A jak nie wyjdzie, po prostu spróbować jeszcze raz. Gorzej, że lepiej, żeby było lepiej, niż gorzej… to znaczy niż więcej. Właśnie. Od jakiegoś czasu telepie mną pewna wściekła myśl. Pisanie jest dla każdego, ale dlaczego większość robi to tak kurewsko źle? Takie czasy: każdy może się wypowiedzieć, wtrącić, ale niewiele jest w tym myśli, porozumienia za grosz, a forma jest wprost przerażająca. Do białości doprowadza mnie powszechne olewanie zasad gramatyki, ortografii i interpunkcji. Podobnie jak przepisy ruchu drogowego, one zostały wymyślone po to, żebyśmy byli bezpieczni. Na drodze chodzi o pewność, że nikt nam nie wjedzie w bok, a w słowach – że zostaniemy zrozumiani. Stosowanie zasad zapewnia precyzję wypowiedzi, czyli po prostu skuteczną komunikację, a czyż nie o to właśnie nam chodzi? Nie mówiąc już o szacunku dla czytelnika, kurwa jego mać.

Wiedziałem, że jestem dość dobrym pisarzem, ale nie było jak tego sprawdzić. Robiłem błędy ortograficzne i miałem problemy z gramatyką, ale czułem, że coś robię lepiej od nich: znakomicie przymieram głodem.

Zresztą zubożenie komunikacji to nie tylko kwestia błędów i wąskiego słownictwa. Chodzi też (przede wszystkim?) o zatracenie subtelności językowych, które potrafią przekazać złożone myśli. Na przykład zamieranie złożonych form czasowników i imiesłowów wypłyca narrację. Wszystko zaczyna się dziać jakby w jednym czasie, w tym cholernym żałosnym dzisiaj i teraz, tak jakby namnożenie atakujących nas zewsząd komunikatów, których trwałość liczy się w godzinach jeśli nie minutach, rzeczywiście wpływało na postrzeganie czasoprzestrzeni, w której się znajdujemy i siłą rzeczy komunikujemy.

[Poeci] zaczynają dość dobrze. (…) Mają w sobie pewną zapowiedź. Potem zaczynają odnosić sukcesy. Wygłaszają coraz więcej odczytów, spotykają innych sobie podobnych. Rozmawiają ze sobą. Zaczynają uważać, że mają głowę na karku. Wypowiadają się na temat rządu, duszy, homoseksualizmu, ekoogrodnictwa… i tak dalej… Znają się na wszystkim oprócz instalatorstwa wodno-kanalizacyjnego, a przecież powinni się na nim znać, bo produkują gówno.

Umberto Eco powiedział: „Sieć nie wymyśliła idiotów, po prostu dała im taką samą publiczność, jaką mają laureaci Nagrody Nobla.” Kiedyś pisano listy i mam wrażenie, że starano się o zachowanie w nich przynajmniej jakichś pozorów dbałości. Choć może kluczowe było to, że po prostu mało kto je widział. Dziś wszyscy piszą na potęgę, wszędzie gdzie się da, słowa leją się jak zawartość tej wspomnianej instalacji. Kanalizacja dwudziestego pierwszego wieku; skanalizowanie głupoty; ściek słów. Gardzę tym koszmarnym zrównaniem wartości, odrzucającym wszelkie autorytety. Tak zwane „własne przekonania” rodzą pewność, że „moje” słowo jest warte tyle samo, co słowo kogoś, kto studiował temat latami. Wredny wszechotaczający egocentryzm: najważniejsze, wieczne „ja”; moje najmojsze. Proszę wybaczyć taki ton, ale czy my czasem nie cofamy się w rozwoju?

Jedyne, co mógłbym powiedzieć większości ludzi o pisaniu, to NIE PISZCIE.

No i tu się z Charlesem Bukowskim wyjątkowo nie zgadzam. Jak można poprawić jakość czegoś, czego się wcale nie robi? Piszcie, do jasnej cholery. Piszcie jak najwięcej – ćwiczenie czyni mistrza! A najlepiej jak najwięcej i jak najlepiej. Bo jak już się coś robi, to warto próbować robić to dobrze. Próbować; próbować jak najczęściej. Najwyżej się nie uda. Ale jeśli nie spróbujesz, nie uda się na pewno.

Nawet kiedy piszę marnie i tekst wraca, patrzę na niego i niezbyt się tym przejmuję: mam szansę się poprawić. (…) Jest kwestia trzymania się tego, stukania w klawisze, wydaje się, że tekst stale się poprawia. (…) Czasami trzeba poczekać parę dni.

Cytaty: Charles Bukowski, Umberto Eco, Vladimir Nabokov

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s