Fuksówka #2

Życie idzie dalej. Jest wrzesień, moje dzieci wróciły do szkoły, a ja dawno nie pisałem tu o szkole aktorskiej. Swoje dwa kursy wspominam jako jedne z najcudowniejszych rzeczy w życiu. Co dopiero ci, którzy spędzili w szkole aktorskiej cztery lata!

Studenci aktorstwa to niezłe typy. Kiedy nie podoba im się gra kolegi, strzelają z procy, by go otrzeźwić; kiedy człowieka zaboli, przestaje udawać i w tym momencie na scenie coś się dzieje. Miałem to szczęście, że uczęszczałem do elitarnego liceum, w którym ludzie także stanowili wyjątkową paczkę. W Cervantesie nikt nie był przypadkowy. Tym bardziej w mojej, dwujęzycznej, pięcioletniej klasie z językiem wykładowym hiszpańskim. Kto by chciał spędzić w liceum pięć lat, gdy każdy normalny człowiek zdaje maturę po czterech? Zgadza się, nigdy nie byłem normalny. I tacy sami ludzie chodzili ze mną do szkoły.

Wykładowy hiszpański oznaczał, że musieliśmy znać ten język na blachę. Idąc do liceum, nie znałem ani słowa w żadnym dialekcie z półwyspu iberyjskiego, nie wiedziałem też, że jest ich więcej niż tylko hiszpański. Nie jest jasne, dlaczego chciałem uczyć się właśnie tego języka. Angielski jako tako znałem. Zastanawiałem się nad francuskim, ale nigdy mi się nie podobał: nie widzę nic romantycznego w mówieniu z kluchami w gębie, i to słów, które zapisane wyglądają kompletnie inaczej, niż gdy się je czyta. Podobnie wkurwia mnie rosyjski. Niemiecki za to był dla mnie zawsze pięknym językiem, ale wtedy już go znałem. Hiszpański spodobał mi się dlatego, że pół świata nim mówi. Jak gdybym kiedykolwiek miał to wykorzystać. Gdy dostałem się do liceum, pojechałem na wakacje, a wróciwszy, dostałem od mamy dwutomowy słownik języka hiszpańskiego, z dedykacją, która okazała się później niepoprawna: „¡Felicitación Pablito!”

Że jest niepoprawna, dowiedziałem się lata później od mojej pani profesor języka hiszpańskiego DK – która była także jednym z filarów katedry iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim. Kiedyś nie doceniałem faktu, że uczy mnie jedna z najlepszych profesjonalistek w kraju. Zresztą nie była jedyna – inna moja pani profesor dziś jest ambasadorem Polski w Hiszpanii.

Była taka brama za winklem szkoły, w której chowaliśmy się, by wypalić szluga. Później zaczęli zamykać tę bramę, a licealiści musieli kombinować inaczej – mój rocznik był już wtedy dorosły i z całą ostentacją palił gdzie popadnie. Po przerwach musieliśmy śmierdzieć jak piece martenowskie, ale nikt się tym nie przejmował. Ja sam nigdy nie paliłem, sądzę jednak, że śmierdziałem fajkami bardziej niż ci, z którymi przebywałem. Ciekawe, ile w życiu wypaliłem biernie – na pewno całe tony. Poza tym w ciągu tych pięciu lat straciłem niemal połowę lekcji. Wolałem ćwiczyć na gitarze, szlajać się po Łazienkach lub pić piwo w pobliskiej Bagatelce. To było miejsce, do którego chodziły trzy grupy klientów: dwa okoliczne licea oraz miejscowi żule. Panie ekspedientki zawsze były ubrane w niezbyt świeże, kolorowe fartuszki, w wazonikach stały sztuczne kwiatki pamiętające lądowania na Księżycu, a piwo kosztowało dwa pięćdziesiąt. Dwa pięćdziesiąt lub dwadzieścia pięć tysięcy, bo był to czas denominacji. Tak, naprawdę było kiedyś coś takiego.

Dziś żałuję, że nie spędziłem więcej czasu na lekcjach w Cervantesie. Ale liznąłem wystarczająco wiedzy o świecie, by być na niego gotowym. To, że się tam dostałem, mógłbym uważać na fuks, choć przecież przypadki nie istnieją. Ale na pewno fuksem było uczestniczenie w najbardziej kolorowej społeczności młodych ludzi, jaką można było znaleźć w Warszawie pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

CDN

Na zdjęciu: Maria Probosz

Reklamy

10 uwag do wpisu “Fuksówka #2

  1. Ciekawa ta Twoja historia. Ja niestety nigdy nie sądziłam, że powinnam się uczyć języków i dzisiaj bardzo tego żałuję, bo oczywiście zaczęłam te swoje braki uzupełniać, ale co nauczone w wieku nastoletnim, to w głowie siedzi jakby się tam znalazło wraz z narodzinami.
    Mam co prawda nieco odmienne podejście do kwestii piękna językowego. Hiszpański – TAK!! A nawet 3 x tak, do tego stopnia, że zaczęłam się go uczyć sama. Z aplikacji, ale mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zaliczyć prawdziwy kurs. Ale to wiąże się z kasą, więc zobaczymy. Niemiecki był wg. mnie i moich znajomych zawsze najbrzydszym językiem świata, rosyjski znam, lubię, choć przyznaję, że czasem mnie śmieszy.
    Francuski – przepiękny, trudny, choć słowa, których się nauczyłam 30 lat temu, gdy miałam go na studiach, przydały mi się ostatnio w Maroku:-) Człowiek nigdy nie wiem, kiedy jakaś wiedza się przyda. I do czego. Ale warto się języków uczyć i gdybym mogła cofnąć czas, to właśnie byłoby moją pasją. Lingwistyka, kilka języków jednocześnie! Może w następnym życiu:)
    Albo na emeryturze:))

    Polubienie

    1. Haha, na emeryturze! Ja mam na emeryturę tyle planów, że obawiam się, że nie starczy mi życia nawet gdybym był kotem i tych żyć miał trzy! 😀
      No to powodzenia przy nauce hiszpańskiego, to naprawdę przepiękny język. De verdad una lengua hermosa 😉 A co do niemieckiego – naprawdę można polubić ten język, gdy się go dużo słyszy i rozumie, nie wiem czemu nam się wydaje intuicyjnie jakiś twardy. Wcale nie jest twardy, polski jest twardy! Niemcy zmiękczają co drugi zbitek samogłosek ze spółgłoskami. My Polacy tego nie czujemy jakoś. Pozdrowienia!

      Polubione przez 1 osoba

      1. Ja tez mam plany, ale aż się boję je głośno wypowiadać, żeby się nie rypnęło:)))
        Ja nie lubię dźwięku niemieckich głosek, a może mi się po prostu za bardzo kojarzy. Co do hiszpańskiego: Me gusta hablar españo 😉

        Polubione przez 1 osoba

        1. !Estupendo! Me encanta mucho tambien, pero casi nunca lo uso…
          Ja zauważyłem, że plany tak mają, że zwykle się nie spełniają, ale gdyby się ich nie miało, to nie wiedzielibyśmy nawet, co się nie spełniło. Czyli: jest źle, ale mogłoby być gorzej 😉

          Polubione przez 1 osoba

        2. U mnie z tymi planami to już norma. Ja wolę nic nie mówić głośno, bo wtedy na pewno się rypnie! Tylko jak sobie tak czekam, w zasobach własnego umysłu, dochodzi do finalizacji:)
          Y no estoy avanzado en español ni tengo la oportunidad de usarlo 🙂 [posiłkowałam się googlem ;-)]

          Polubione przez 1 osoba

        3. Raczej powinno być „avanzada”, czyli rodzaj żeński 🙂
          To mi przypomina historię z liceum, kiedy pani profesor DK spytała nas, czy wiemy, co to znaczy „embarazada”, i właśnie embarazada, a nie embarazado, ponieważ to drugie raczej nie występuje. Chodziło o „w ciąży” 😀

          Polubione przez 1 osoba

        4. Masz rację avanzada…..więc widzisz, jaki jest poziom mojej wiedzy. Niby wiem, że fleksja jest bardzo ważna w hiszpańskim, ale brak okazji do ćwiczeń sprawia, że wszystko zapominam:)

          Polubione przez 1 osoba

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s