Miłość #1

Zawsze traktowałem ten blog jako coś w rodzaju psychoterapii. Ten tekst powstał dokładnie i wyłącznie w tym celu. Nie znajdziecie tu nic na temat amaktorstwa. Jeśli nie chcecie czytać, to nie czytajcie.

Mój Tata zmarł w szpitalu 26 lipca.

Pod koniec zeszłego roku zdiagnozowano u Niego chorobę nowotworową. Trzymał się. Mówił, że się nie poddaje, a ja nie zawsze w to wierzyłem. W ostatnich tygodniach to zaczęło przypominać nierówną walkę. Praktycznie co kilka dni był jakiś kryzys, mniejszy lub większy, czasem psychiczny, a czasem fizyczny. W trakcie mojego urlopu zadzwonił z prośbą, bym następnego dnia odwiózł go do lekarza w odległym mieście. Ten lekarz, profesor kliniki nowotworowej, nie podał wyników przez telefon, tylko wezwał Tatę osobiście. Zerwałem się z urlopu. Zostawiłem Mo samochód, wsiadłem do autobusu i późnym wieczorem zameldowałem się w domu. Gdy już wybierałem się spać, rozdzwonił się telefon. Tata trafił do szpitala po omdleniu i objawach padaczkowych. Wtedy okazało się, że nawet na wiosce, nocą, 10 kilometrów od granicy miasta, pozostawiony bez samochodu, człowiek potrzebujący nigdy nie zginie. Obudziłem sąsiadów, prosząc o pożyczenie auta. Gdy ubrałem się i pobiegłem do nich, sąsiad już wystawiał samochód z garażu. Dwadzieścia minut później znalazłem się w szpitalu na Szaserów. Tam spotkałem się z AK oraz MM i wspólnie czekaliśmy na wieści. Nadeszły po północy. Tacie zrobiono dwukrotną tomografię i potwierdzono nasze najgorsze przypuszczenia. Oto z czym dzwonił tego poranka profesor z odległego miasta: Tata miał obrzęk mózgu, spowodowany przerzutami raka do głowy.

Następnego dnia rozpoczęliśmy stałe dyżury – AK, MM, SK i ja. Wkrótce wyszło na jaw, że musimy dyżurować także w nocy, bo Tata zaczął mierzyć siły na zamiary i poobijał się, przewracając w łazience. Mój urlop się skończył, ale nie pojawiłem się w pracy. Z Tatą każdego dnia było gorzej. Mniej lub bardziej świadomie odchodził, a my wciąż myśleliśmy o powrocie do domu, bo nadzieja umiera ostatnia. Dostawał coraz silniejsze leki. W końcu lekarze zaczęli sugerować nam, że wyczerpały się zasoby medycyny. Zapomnieliśmy o wizycie u profesora w odległym mieście. W czwartek 25 lipca było jakby lepiej, Tata był nieco bardziej świadomy, zdawał się rozmawiać z kimś przez telefon, rozpoznaliśmy nawet imiona ważnych dla Niego osób. Tego dnia byłem z Nim do późnego wieczora. Potem wymienił mnie SK, którego ja znów wymieniłem nad ranem. Nie wiem, czy Tata się obudził. Zaczął coś mówić, pochyliłem się, by go zrozumieć, a on mnie po prostu przytulił. Wtedy zaczęło się coś dziać. Ciśnienie mu skoczyło, a oddech zwolnił. Lekarka podjęła decyzję o przeniesieniu Taty na salę dozorowaną. Nie wiedzieliśmy co to oznacza, a może nie chcieliśmy się domyślać. Po podłączeniu do aparatury sytuacja ustabilizowała się. Uznałem, że mogę zostawić Tatę z AK. Jakby na to czekał. Nie zdążyłem dojść do samochodu, gdy otrzymałem telefon. AK powiedziała tylko jedno słowo: „Wracaj”. Gdy przybiegłem, minęły może cztery minuty od wyjścia. AK płakała. Spojrzałem na ekran. Były tam jakieś cyferki, żadnych sygnałów, alarm był wyłączony. Odwróciłem się do pielęgniarek z pytającym wyrazem twarzy. Zobaczyłem tylko spuszczone oczy. Jedna z nich powiedziała: „Przykro mi”. Spojrzałem jeszcze raz na ekran: były tu jakieś liczby! Znów spojrzałem na pielęgniarkę. Usłyszałem: „To są tylko takie, wie pan…”. Wściekłem się i warknąłem: „Co się do cholery dzieje? Proszę konkretnie. Umarł? Czy nie umarł?!”. Pielęgniarka, fakt, Bogu ducha winna, ale wtedy mnie to nie obchodziło, odparła po prostu: „Umarł.” To, jak bardzo człowiek po śmierci nie różni się od człowieka żyjącego, było dla mnie najbardziej szokujące. Po prostu nie oddychał. Twarz, w ciągu kilku ostatnich tygodni potwornie wychudzona i zapadła, nie wyrażała nic. Chciałem tylko wierzyć, że wyraża ulgę. Był piątek 26 lipca około 10 rano.

To wszystko wydarzyło się dziesięć dni po tym, jak trafił do szpitala. Pozwoliliśmy Idzie i Emmie zdecydować, czy chcą iść na pogrzeb. Obie były. Nasze kochane, mądre dziewczyny starały się nie okazywać własnego smutku, lecz wesprzeć mnie. „Żal mi ciebie, bo nie masz już ani mamy, ani taty” – mówiła Emma. Pochowaliśmy Tatę w środę 31 lipca na cmentarzu północnym w grobie, w którym leży Mama. Tak jakby po 16 latach byli znowu razem. I wierzę, że są, gdzieś tam w zaświatach.

CDN.

4 uwagi do wpisu “Miłość #1

  1. Szczere wyrazy współczucia. Ja pochowałem swoich rodziców w 2009 i 2012 roku, ale wciąż mi Ich bardzo brakuje… Po dziesięciu latach zdobyłem się i opublikowałem w prasie artykuł wspomnieniowy o mojej Mamie: „Ostatni pacjent w kolejce” (http://kosiaty.pl/jadwigakosiaty.htm) i dopiero ten fakt pozwolił mi na Jej prawdziwe pożegnanie… Teraz zabieram się do pisania o Tacie (póki jeszcze mam w głowie wspomnienia i jakieś skrawki zdjęć i dokumentów…). Boję się, że za kilka lat upływ czasu i to wymaże do końca (jak funkcja Delete w komputerze). Liczę, że kiedyś dzieci (na razie nastolatki) i ich potomkowie zainteresuja się przeszłością swojej rodziny (u mnie nastąpiło to po ukończeniu 40 lat). Polecam spisywanie i utrwalanie wspomnień oraz drukowanie i podpisywanie wszystkich zdjęć… Pozdrawiam serdecznie. Jarosław Kosiaty

    Polubione przez 1 osoba

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s