Sztuka tracenia #2

Przed wakacjami zagrałem spektakl z grupą z warsztatów aktorskich. Dwa razy. Niedawno powtórzyłem to jeden, ostatni raz. Odżyły znajomości, było ciepło i miło, zabawnie i pracowicie. I trochę smutno, bo się skończyło. W życiu różne rzeczy zaczynają się i kończą. A może inaczej: kończą się i zaczynają.

Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.

Mam trochę zdjęć i dwa niepełne nagrania z tych spektakli. Widać na nich, jak się męczymy. Sami pierwszorzędni aktorzy! To nie komplement ani przechwałka – po prostu słychać nas tylko w pierwszym rzędzie. Ale też staramy się jak cholera i działamy jako team. Aktorzy muszą się wspierać. Podczas kręcenia filmu, kiedy nagrywane są dokrętki scen ze zbliżeniami na twarze, aktorzy sobie podrzucają: mówią zza kamery do partnera, by go wspomóc i uwiarygodnić jego grę. Spektakl żre lepiej, jeśli jest dobra atmosfera między ludźmi-aktorami. To się chyba nazywa synergia. Albo po prostu magia teatru.

Dwie aktorki, stara i młoda, zostały wbite na pal. Stara umiera godnie, teatralnie, z szekspirowskim rozmachem oddaje się śmierci. Młoda szarpie się, próbując uwolnić, słowem – okropnie przeszkadza tamtej w przyzwoitym odejściu. Wreszcie stara spogląda karcącym wzrokiem i wycedza: „Widzę, że koleżankę źle obsadzono.” Teraz będzie smutno, choć wolałbym, żeby tak nie było. Dokładnie w dniu, w którym poznałem cytowany tutaj wiersz Elizabeth Bishop, dowiedziałem się o chorobie mojego taty. Choroba to jeszcze nie strata, więc staram się nie myśleć negatywnie. W zamian za to myślę o byciu bliżej niego – nigdy nie byliśmy specjalnie uczuciowi, jak to faceci. Nigdy mu nie powiedziałem, że go kocham. Nigdy w życiu. Może zauważyłbym to wcześniej, gdyby istniał między nami jakiś pierwiastek kobiecy, ale niestety mamy nie ma z nami już od piętnastu lat. Odeszła nagle. Z tatą, jakkolwiek by było, będzie inaczej. Zdążę mu powiedzieć jeszcze nieraz.

Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy blask dawnych domów?
Dzisiaj blady cień, ukłucie w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.
Straciłem dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy ogromniejsze:
dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.

Nie ma sprawy. W życiu jest równowaga, coś się kończy, a coś zaczyna. Za kilka tygodni urodzi nam się trzecia córka. Po dziesięciu latach przerwy! Ida i Emma zacierają ręce, prasują śpioszki i umawiają się z koleżankami na spacery z wózkami. Mo tyje, a ja dotrzymuję jej kroku jak mogę. Postanawiamy wspólnie się odchudzać. I wciąż nie możemy wyjść z szoku, że się zdecydowaliśmy na kolejne dziecko. Tak czy inaczej, ciągle razem. Wszystko razem. Po tylu latach małżeństwa jesteśmy jak łyse konie, nie potrzebujemy słów do skutecznej komunikacji. Kochamy się i wkurwiamy nawzajem tak samo, jak na początku. Uwielbiam ją, wspaniałą kobietę, najlepszą partnerkę, jaką mógłbym sobie wymarzyć i najlepszą matkę, jaką widział świat. Niedługo ponownie sprawdzimy się jako rodzice, ale tym razem z pomocą dwunasto- i dziesięciolatki. Wyobrażacie to sobie? Bo ja ciągle nie jestem w stanie.

CDN.

Zdjęcia: Wojciech Kuhn lub inaczej mówiąc – mój tata
Cytaty: „Jedna sztuka” Elizabeth Bishop w przekładzie Stanisława Barańczaka

Reklamy

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s