Sztuka tracenia #1

Przed wakacjami zagrałem spektakl z grupą z warsztatów aktorskich. Dwa razy. Niedawno powtórzyłem to jeden, ostatni raz. Odżyły znajomości, było ciepło i miło, zabawnie i pracowicie. I trochę smutno, bo się skończyło. W życiu różne rzeczy zaczynają się i kończą. A może inaczej: kończą się i zaczynają.

W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie straty,
że kiedy się je traci – nie ma sprawy.

W tym roku przez kilka miesięcy brałem udział w cudownych warsztatach teatralnych, organizowanych przez warszawski teatr Młyn. Kilkanaścioro ludzi obu płci (choć z wyraźną przewagą dziewczyn), pod wodzą aktora Bartka Mazura, spotykało się w weekendy. Nasza dobra dusza Natalia Fijewska-Zdanowska nazwała grupę Wodą na Młyn i pomogła napisać scenariusz. Łącznie z genialnym tekstem rapowanej piosenki, do której muzykę napisał Mikołaj Tabako. Wspólnie zrobiliśmy spektakl o grupie ludzi mieszkających w jednym bloku. Jest tu dentystka-protetyk, która od wielu lat dzieli się facetem z jego żoną. Jest lesbijka, której nagłe odwiedziny matki są mocno nie na rękę. Jest nauczycielka języka polskiego, która swoich klientów przyjmuje o dwuznacznie późnych porach. Pewna kobieta pojawia się na pogrzebie matki, którą zostawiła wiele lat wcześniej ze swoją siostrą, bo wyemigrowała gdzieś na zachód. Inna dziewczyna zachodzi do sąsiada w prostej potrzebie pożyczenia cukru i wychodzi dopiero następnego dnia. Jest też pani Ilona, wściubiająca nos w sprawy wszystkich wokół, taki Sherlock Holmes z korytarza. No i jest pan Stasio – dozorca z powołania i z dziada pradziada.

Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
stracone szanse, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.

Jak się domyślacie, zagrałem dozorcę. Miałem istotny rekwizyt – brudną szczotę – i kilka scen z innymi postaciami. Moja rola była niewielka, ale istotna: tłumaczyła kto jest kim. Pan Stasio zna się z panią Ilonką od czterdziestu lat, chyba nawet ją mniej więcej lubi, a na pewno lubi z nią poplotkować, zwłaszcza o współmieszkańcach. Ona do niego gada, a on cierpliwie słucha, bo to dobry facet, a przy tym samotny.

Ale zagrałem też drugą rolę – temperamentnego menedżera hiszpańskiej firmy odzieżowej, który uczy się polskiego u wspomnianej nauczycielki. Oraz uwodzi ją bez większych sukcesów. W sam środek sceny ich lekcji wkracza pani Ilonka z awanturą. „Ciszej być, po dwudziestej drugiej jest! Ja radę pani dam, umiar i taktu więcej! Tu ściany dźwiękoszczelne nie są, każdy ruch słychać, każde pierdnięcie, rozumie pani?”. Obsadzona w roli pani Ilonki Ania – urocza i delikatna przedszkolanka – grała bardzo wbrew swojemu charakterowi i wykonała kawał znakomitej roboty. Ta scena kończyła spektakl akcentem komediowym. Przy jej graniu bawiliśmy się setnie. Na szczęście nie tylko my, publiczność też. To ulga, bo mogło być zgoła inaczej.

CDN.

Zdjęcia: Wojciech Kuhn lub inaczej mówiąc – mój tata
Cytaty: „Jedna sztuka” Elizabeth Bishop w przekładzie Stanisława Barańczaka

Reklamy

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s