Zajęcza łapka

Mieszkamy w nowym domu już ponad cztery miesiące. I dopiero teraz zaczynamy się do niego przyzwyczajać. 

Grafika: A.Pągowski

Pierwsze tygodnie w nowym domu były dla nas niespodziewanie depresyjne. Wykończyliśmy go surowo, prawie bez dodatków, trochę z powodów finansowych, ale głównie z innego powodu. Otóż przeprowadzając się, mieliśmy tylko jedno pragnienie: pozbyć się miliarda śmieci, które zasypywały nas ze wszystkich stron w miniaturowym mieszkaniu. Szybko okazało się, że to nie same metry robią poczucie przestrzeni w domu, tylko właśnie rzeczy: meble i dodatki, z tym że przemyślane i dopasowane. Tymczasem my po prostu nie mieliśmy czym zapełnić domu, który okazał się większy, niż się spodziewaliśmy. Wyszło na jaw, że brakuje kolorów, przedmiotów, ozdób, mebli, nie ma nawet porządnego oświetlenia w środku, a co dopiero na zewnątrz. Tylko zimna pustka. Nie wyobrażacie sobie, jak dołujące jest mieszkanie w wielkiej chacie, w której nie ma prawie nic.

Przeprowadzka do domu, gdy całe życie spędziło się w kartonowym mieszkaniu w bloku, z hałasem dzieciarni i aut wokół, jest dużo bardziej szokująca, niż mogłem się spodziewać. Jeśli ktoś z Was to planuje zrobić, trzymam kciuki. I nigdy, przenigdy nie róbcie tego w zimie. Pół godziny słońca dziennie to trochę za mało, by przeżyć w zdrowiu psychicznym. No i kasa. Nie dość, że musiałem kupić wszystko na nowo, od podłogi po pralkę i lodówkę (a moja żona zażyczyła sobie chyba najdroższą na świecie), to jeszcze ten cholerny mróz. Co z tego, że dom jest energooszczędny, jeśli większość jego zużycia idzie w zimę i to właśnie wtedy musisz mieć kilkutysięczny bufor, który pozwoli Ci przeżyć do kolejnego pierwszego? Pewnie sądzicie, iż jestem idiotą, że tego nie przewidziałem. Ale tu właśnie się mylicie: przewidziałem i przemyślałem to sto tysięcy razy przez ostatni rok – dosłownie nie spałem co drugą noc. Tyle że rzeczywistość zawsze wygląda inaczej niż przewidywania. Gdy piszę te słowa, mam na koncie czterdzieści groszy. Tak, czterdzieści. GROSZY! Mam też konto oszczędnościowe. Moje oszczędności na koncie oszczędnościowym opiewają na dwa złote siedem groszy.

Jestem strasznie przesądny. Przed kupieniem domu wielokrotnie upewniałem się, czy potyczki Bitwy Warszawskiej, którą moja gmina kultywuje, nie przebiegały na ziemi, na której dziś stoi mój dom. Nie wiem dlaczego, ale było to dla mnie cholernie ważne. Podobnie jak dla aktorów ważne są symbole. Wielu z nich ma własne rytuały, zawsze powtarzane przed wejściem na scenę, takie jak zdjęcie czapki, przeżegnanie się czy przyjęcie kopa w tyłek. Jeśli scenariusz spadnie na podłogę, trzeba go koniecznie przydeptać, aby nie położyć roli. Jeśli kostium się rozpruje, nie wolno zszywać go na aktorze, bo w ten sposób zaszyje mu się pamięć. Podobno gdy Hanka Ordonówna znalazła pawie pióro w swojej garderobie, wybiegła z teatru i nigdy więcej do niego nie wróciła. Podczas prób natomiast nie wolno usiąść na widowni przed reżyserem – ale może to kwestia savoir-vivre’u. No i jest jeszcze zajęcza łapka. Kiedyś służyła do rozprowadzania makijażu na twarzy aktora i każdy miał własną. Dziś jest „tylko” talizmanem na szczęście. Istnieje przekonanie, że zgubienie zajęczej łapki oznacza bezpowrotną utratę talentu. Wcale mnie to nie dziwi, teatr przecież dwiema nogami stoi w sferze sacrum.

Zając i jego bliski krewny królik mają wiele symbolicznych znaczeń. Starożytni zauważyli, że króliki rodzą się z otwartymi oczami, co sugerowało, że znane im są tajemnice życia sprzed narodzin. Zajęcza nora była uważana za przejście do świata zmarłych, a jej mieszkańca uważano za wcielenie wiedźmy albo wręcz szatana. Wiązano go z księżycem, ale też z płodnością i seksem – stąd pochodzi logo Playboya, a i zajęcza łapka ma konotację falliczną. U nas zajęcy jeszcze nie widziałem, ale mnóstwo ptaków, sarny, łosie i dziki. Pawii nie ma, ale są dzikie bażanty. I generalnie w zaroślach wokół mojego domu odbywa się ostatnio jedna wielka kopulacja.

Gdy nadszedł długo wyczekiwany cieplejszy weekend, pierwszy raz naprawdę otworzyliśmy drzwi na taras. I okazało się, że jest bardziej niż fajnie. Zarośla wokół naszego domu rozbrzmiewają świergotem, z lasu dobiegają pohukiwania, a w kałużach na łące brodzą skrzeczące żurawie. Emma twierdzi, że na skraju lasu widziała łosia, ale to już chyba ściema; tak czy inaczej kazaliśmy jej nie wychylać się spoza naszego ogrodzenia. A skoro przyszła wreszcie wiosna, pora zamienić ugorek w ogródek. Przekopałem kawałek gleby – jeśli dotąd myślałem, że kupiłem mało ziemi, teraz wiem, że jest jej aż nadto. Przez najbliższe dwa tygodnie czekają mnie zakwasy, odciski i ból pleców. Posadziłem też pierwsze kilka drzew. Nie miałem pojęcia, że to daje tyle satysfakcji – małe drzewka, zwykłe choinki, sprawiły, że nasza mała/duża działka ożyła. Jeśli chcecie wiedzieć, czy przy okazji spłodzę syna, informuję, że nie mam takiego zamiaru. Wystarczy zwierzęcy seks odchodzący w zaroślach.

Pewien scenarzysta miał bardzo złą sławę w Hollywoodzie. Próbował wszystkim sprzedać scenariusz, ale zamiast słuchać krytyki i współpracować, narzekał i obwiniał wszystkich wokół za swoje niepowodzenia. Nietrudno się domyślić, że nikt go nie znosił. W końcu facet wpadł w problemy, rozwiódł się, stracił dom i przyszedł do Kevina Costnera z prośbą, czy może pomieszkać u niego w domu, by móc spokojnie dokończyć pracę nad scenariuszem. Costner zgodził się, ale wkrótce zaczęło dochodzić do konfliktów z członkami rodziny aktora, aż po kilku miesiącach żona zmusiła go do wyrzucenia faceta z domu. Jakiś czas później Costner odebrał niezręczny telefon. Scenarzysta, który osiedlił się gdzieś w innym stanie i pracował w chińskiej knajpie, spytał go wprost, czy aktor przeczytał materiał, który mu zostawił. Przyparty do muru Costner w końcu przeczytał nieszczęsny tekst. I natychmiast znów skontaktował się z byłym kolegą, bo postanowił nakręcić ten film. Autor scenariusza, Michael Blake, otrzymał za niego nagrodę Akademii w 1991 roku. Był to tylko jeden z siedmiu oscarów, jakie zgarnął „Tańczący z wilkami”.

Może i to głupie myśleć, że wszystko jest możliwe. Ale przecież całość życia zależy od nastawienia. Pieniędzy nie ma, to zaraz będą, a potem znowu ich nie będzie. Dom się kiedyś wykończy. A na ogródek mam całe życie. Wiosna jakoś tak dobrze nastawia – może jednak będzie fajnie.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Zajęcza łapka

  1. Najważniejsze, że masz kochającą się rodzinę!

    Ja przeprowadzam remont w moim mieszkanku, na koncie mam 10,64 zł, a oszczędności jakieś 2,41 zł. Jednak zachwyt nad moimi odmienionymi czterdziestoma metrami kwadratowymi jest bezcenny 😉

    Polubione przez 1 osoba

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s