Osiem dni w tygodniu

„Miałem odebrane prawo jazdy za przekraczanie prędkości i musiał mnie wozić kierowca. Pewnego dnia rano wybierałem się do domu Johna, bo byliśmy umówieni na wspólne pisanie piosenek. Jechałem przez Londyn i zagadałem do kierowcy: Jak tam, dużo roboty? – U panie, osiem dni w tygodniu! – odpowiedział. Kiedy wszedłem do domu Lennona, od progu krzyknąłem: John, mam świetny tytuł piosenki!”. Taką historię opowiedział niedawno Paul McCartney.

the-beatles_1

Piosenka „Eight days a week” była oczywiście o miłości, ale dawała wyraz ówczesnemu zapracowaniu Beatlesów. Beatlesi dawali koncerty bez przerwy od początku 1960 do jesieni 1966 roku i to właśnie one ukonstytuowały ich famę. Płyty, które zaczęli regularnie nagrywać dla George’a Martina z EMI od listopada 1962 roku były konsekwencją występów. Ale jak się zaczęły płyty, to i koncertów zrobiło się więcej. Pierwszą amerykańską płytę wydali w 1964 roku, od razu pojechali w trasę i beatlemania rozpoczęła się na dobre. Nie przestaje mnie zadziwiać, że przy wyczerpujących trasach koncertowych (grali niemal codziennie, często więcej niż jeden występ) mieli w ogóle czas na inne aktywności, takie jak komponowanie, granie prób, nagrywanie singli i płyt, a do tego kręcenie filmów. Ringo Starr wspomina: Nie było w tym nic dziwnego, po prostu wstawaliśmy rano, nagrywaliśmy płytę, potem graliśmy koncert telewizyjny, potem jedliśmy obiad i zaczynaliśmy drugą połowę dnia, mniej więcej taką samą jak pierwsza. Nie zastanawialiśmy się, po prostu to robiliśmy. Dostawaliśmy jeden wolny dzień na miesiąc. Wtedy Paul brał udział w konkursach piękności, bo się nudził. Zawsze był pracoholikiem.

A propos filmów. Pierwszym obrazem Beatlesów był zabawny „Dzień po ciężkiej nocy” z 1964 roku. To jest w sumie obraz ich codzienności: długich podróży, ścigania przez rozkrzyczanych fanów, dowcipów (Ringo: Jestem mały, mam kompleksy, kompensuję to sobie graniem na bębnach) i dziewczyn w bardotkach. Jest tam pewna fabularna historia (oparta na fikcyjnym dziadku Paula, granym przez Wilfrida Brambella), ale generalnie to jeden wielki wygłup. Zagrany wcale nieźle aktorsko i powalająco, jeśli chodzi o muzykę. Zaś drugi film, „Help”, to była mocno absurdalna historia, w jakich gustował John Lennon, zrealizowana ze sporym rozmachem i takimże budżetem, ze zdjęciami na Bahamach i w Alpach. Wyreżyserował ją Richard Lester, tak samo jak pierwszy film. Nie muszę chyba dodawać, że to świetne widowisko. Kolejny zaś film, „Magical Mystery Tour” to już był skutek niekontrolowanej inwencji McCartneya i dzisiaj pozostaje ciekawostką dla wytrwałych. Podobnie jak kolejny obraz, animowany i całkiem przyjemny „Yellow Submarine”. „Let it be” miał być ich piątym filmem, ale zrealizowano go dopiero po wielu latach, bo chyba nikt nie wiedział, o czym tak naprawdę miał być. Teraz z kolei ukazuje się dokument o trasach koncertowych Beatlesów pod wiele mówiącym tytułem „Eight days a week – The touring years”. Jeszcze go nie widziałem, ale zainspirował mnie do napisania tego tekstu.

W 1965 i 1966 roku Beatlesi mieli poczucie, że koncerty przestają mieć sens. To nie były czasy wielkich „sztuk”, systemów nagłośnieniowych i profesjonalnych odsłuchów scenicznych, nie mówiąc już o dousznych. Pierwszy na świecie koncert stadionowy zagrali właśnie Beatlesi w Nowym Jorku, na śmiesznie małej scence, z nagłośnieniem o mocy jednego promila tego, co dziś się używa w dużych plenerach. Ci czterej genialni muzycy byli przyzwyczajeni do występów klubowych, w których powietrze było gęste od alkoholu i seksu, a przeżyć całą noc grania byli w stanie wyłącznie dzięki zażywaniu podejrzanych tabletek. Kiedy już rozkręciła się beatlemania, warunki mieli oczywiście dużo lepsze – najdroższe hotele, znakomite żarcie i tak dalej. Ale warunki pracy obniżyły się do nieznośnego poziomu. Pomijając to, że nigdzie nie mogli dotrzeć bez narażenia na atak rozszalałych fanek, podczas koncertów w ogóle się nie słyszeli. Byli czterema zdrowymi, młodymi mężczyznami, ale nawet zdrowi młodzi mężczyźni są w stanie się zmęczyć. Granie koncertów przestało im sprawiać przyjemność. John Lennon zaczął dotkliwie zaniedbywać żonę Cynthię i synka Juliana, którzy mieszkali w kolosalnej posiadłości pod Londynem. Pozostali panowie, o ile mi wiadomo, wtedy w ogóle nie mieli stałych partnerek. Koncerty, zagłuszane przez rozwrzeszczane tłumy, stały się dla nich koszmarem. Lennon pisał piosenki, w których radosny rytm przykrywał depresyjne teksty („Help”, „I’m a loser”) i rzucał nieprzemyślane teksty o Jezusie. W sierpniu 1966 znów pojechali na trasę do USA, podczas której w ciągu dwóch tygodni zagrali 19 koncertów. Możecie to sobie wyobrazić? W trakcie tej trasy podjęli decyzję: koniec, zaszywamy się w studiu. 29 sierpnia 1966 roku w San Francisco dali swój ostatni koncert, jeśli nie liczyć krótkiego i niezapowiedzianego występu na dachu kamienicy w Londynie w styczniu 1969 roku. Wówczas stali się zespołem studyjnym. I choć wielu wieściło koniec Beatlesów, odrodzili się w jeszcze lepszej formie. Ale to już inna historia, tak jak i kompletnie inny zespół.

„Eight days a week – The touring years” ukaże się 21 listopada. To oficjalny, bo wydany przez wytwórnię należącą do Paula McCartneya, Ringa Starra i spadkobierców ich nieżyjących kolegów, obraz dokumentujący ich koncerty. Nie widziałem go jeszcze, ale mam już płytę, wydaną z tej okazji: „Live at the Hollywood Bowl”. To jest kompilacja koncertowych nagrań z kilku koncertów Beatlesów zagranych z amfiteatrze w Los Angeles w latach ’64 i ’65. Ten materiał był znany zatwardziałym bitelmaniakom już od dawna, został nawet oficjalnie wydany w Stanach w 1977 roku. Tyle że nie dało się go słuchać. Giles Martin, syn zmarłego w tym roku George’a Martina, spędził rok na katorżniczej pracy, polegającej na cyfrowym wycięciu krzyków zagłuszających muzykę. I nadal nie da się tego słuchać! Mimo to udało się wydobyć fenomenalną jakość zespołu. Oni po prostu grali. To był czysty, energetyczny, solidny rock and roll, zagrany równo i zaśpiewany czysto, a przy tym bez wysilania się i z jazzowym pazurem improwizacji. Paul McCartney tak dziś wspomina tę pracę: Po prostu robiliśmy swoje. Dopiero dziś, kiedy moje dzieci przynoszą do domu książki, w których jest opisana beatlemania i jej wpływ na kulturę, szczypię się, bo nie mogę uwierzyć, że byłem w Beatlesach. A zaraz cytuje swojego kolegę George’a Harrisona: Nie było przerw, szaleństwo było ciągłe. i dodaje: Tak naprawdę byliśmy przerażonymi dzieciakami.

Liczę, że to widać i słychać na filmie „Eight days a week”.

eight-days-a-week

Uprzejmie przepraszam wszystkich PRAWDZIWYCH bitelmaniaków: wszystkie ewentualne nieścisłości lub bzdury w tym tekście wynikają stąd, że napisałem go z głowy, bez sprawdzania faktów.

Reklamy

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s