Eksperyment teatralny

Lubię klasyczny teatr – nastawiony na człowieka, prawdziwe emocje, ukrywane i jawne dramaty, ludzkie śmiesznostki i śmieszności. Ale istnieją różne koncepcje teatru, wśród nich takie, które mnie całkiem odrzucają. A może nie powinny.

Źródło: ninateka.pl
Źródło: ninateka.pl

Teatr, jak i w ogóle cała sztuka, jest po to, żeby łamać konwencje. Burzyć ustalony porządek. Także formalny. Dlatego tu i ówdzie rodzą się pomysły, które mają wprowadzić coś nowego na scenę. W moim odczuciu najczęściej kończy się na wygłupach. Ni stąd ni zowąd zrozumiałem, że odcień tych odczuć zależy od odbiorcy. Jak ze wszystkim, jednemu podoba się jedno, drugiemu drugie i tyle na świecie opinii, ile ludzi.

Ostatnio widziałem „Soup City” w Teatrze Mazowieckim i odebrałem tę sztukę jako rodzaj eksperymentu. Nigdy wcześniej nie spotkałem się ze formą, w której połączono grę aktorską z lalkami. Znam teatr lalek, w którym aktorów nie widać, i teatr aktorski, w których lalki są co najwyżej rekwizytami. Tutaj były pełnoprawnymi postaciami. Gdy troje aktorów gra kilkanaście postaci, trudno zachować porządek i logikę, o ile w ogóle jest to możliwe. Tu udało się to właśnie dzięki połączeniu gry aktorskiej z marionetkami. Było to zrobione ze smakiem i humorem – takie eksperymenty lubię!

Jakiś czas temu byłem też na przedstawieniu Teatru ME/ST pod tytułem „Transemocje”. Zaintrygował mnie tytuł. To spektakl, w którym grają trzy kobiety, pozbawiony tekstu. Każda scenka polegała na tym, że postaci siedziały na krzesłach i wyrażały kolejne uczucia, najwyraźniej pod kierownictwem postaci siedzącej w środku. Okazało się, że pozostałe aktorki nie wiedziały, jaką emocję będą grać za chwilę. Idea ciekawa, prawda? Wyglądało to wszystko płynnie. Problem w tym, że było to zupełnie pozbawione sensu. Granie jakiejś emocji dla samego grania, dla samej emocji? Przecież uczucia wynikają z czegoś. I czymś owocują. Człowiek nigdy nie przeżywa czegoś tylko dla samego przeżywania – każde nasze uczucie ma jakąś przyczynę i jakieś konsekwencje. Takie sztuczne granie emocji dla samego grania przypominało mi nieudolne etiudy teatralne, które wystawialiśmy w szkole aktorskiej. Oczywiście, nie można tych dwóch rzeczy porównywać – spektakl „Transemocje” jest grany przez profesjonalne aktorki. Tyle że jak dla mnie jedyny sens, by na nie patrzeć, wynikał z tego, że były pięknymi kobietami. W sensie teatralnym to nie było nic więcej niż machanie rękami.

Jakże się zdziwiłem, gdy zostałem na dyskusji po spektaklu. Nigdy nie biorę udziału w tego rodzaju spotkaniach, uważam wręcz, że coś takiego nie ma prawa istnieć. Nie rozumiem po co twórcy chcą dyskutować z odbiorcami. Żeby wprowadzać poprawki do spektaklu? Powinni być pewni swojej roboty. Powinni wiedzieć, że to, co pokazują jest skończone i dobre – inaczej w ogóle nie wolno im tego wystawiać. W dyskusjach po spektaklu chodzi tylko o to, że twórcy chcą zostać pogłaskani przez widzów. I w tym przypadku zostali pogłaskani – większości się to podobało. Początkowo myślałem, że tylko kobietom, i że to wynika z ich rzekomo głębszej wrażliwości, ale nie, faceci też chwalili spektakl. Inna rzecz, że może robili to dla swoich kobiet – bo mieli swój prywatny cel, osiągnięty później w pościeli. To zresztą nieważne, czy się podoba, czy nie. Ważniejsze jest to, czy spektakl ma sens, czy prowadzi do refleksji. A do jakiej refleksji miałyby prowadzić samo odgrywanie emocji, bez normalnych ludzkich okoliczności towarzyszących tym emocjom?

Czy nie lepiej przedstawiać ludzi, ich rozterki i sposób, w jaki sobie radzą z problemami? Ostatnio widziałem spektakl „Udręka życia” izrealskiego pisarza Hanocha Levina. Wersję, którą widziałem, wyreżyserowaną przez Jana Englerta, udostępniła genialna internetowa biblioteka Narodowego Instytutu Audiowizualnego – NINATEKA. Gra tu troje wybitnych aktorów: Janusz Gajos jako Jona, Anna Seniuk jako jego żona Lewiwa i Włodzimierz Press jako ich przyjaciel Gunkel. Każda rola jest rewelacyjna, a Press po prostu przechodzi samego siebie. To nie jest żaden eksperyment. To jest gruntownie przemyślane i porządnie zagrane przedstawienie, w którym człowiek jest na pierwszym planie. Tu są emocje prawdziwe, a nie udawane, transponowane, transportowane czy transseksualne. Tutaj mówią żywi ludzie, którzy coś przeżywają, rozliczają się ze sobą po latach wspólnego życia, po latach zawodów i latach miłości. Kłócą się tak jak każde normalne małżeństwo, i tak jak w każdym normalnym małżeństwie „to drugie” nie bardzo wie, czego od niego chce „to pierwsze”. Jona budzi się w środku nocy, by wreszcie rozliczyć się ze swoim życiem. Wygarnąć swojej żonie. Podziękować jej za wspólne lata. I naprawdę się z nią pożegnać. Aktorsko, reżysersko i tekstowo to jest coś absolutnie doskonałego. Dodam, że radiowa Dwójka niedawno wystawiła ten spektakl w obsadzie: Mariusz Benoit/Stanisława Celińska/Jerzy Łapiński. Nie słyszałem jeszcze, mam jednak nadzieję, że wkrótce znajdę tę audycję w internecie. I polecam to samo wszystkim.

Nie trzeba eksperymentować, żeby robić dobry teatr. Ale jeśli się robi dobry teatr, można sobie spokojnie poeksperymentować.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Eksperyment teatralny

  1. Nie do końca się zgadzam. Eksperyment jest czymś, czego skutki przewidywać możemy, ale nie jesteśmy w 100% pewni tego, jak publika zareaguje i czy to w ogóle wypali. Nie wiem czemu dyskusje według Ciebie powinny być zakazane, każdy ma inny sposób patrzenia i rozumienia, a twórcy też są ciekawi tego, jak ich spektakl został odebrany z drugiej strony. I co w tym złego, że chcą coś ulepszyć po rozmowie z widzami? Większość twórców tak robi, przynajmniej takich, którzy mają na względzie swoją publikę i to, że to dla nich grany jest spektakl, a nie dla własnego artystycznego ego. Nie widziałam tego spektaklu, o którym piszesz (Transemocje), więc ciężko mi się wypowiedzieć na temat jego walorów, natomiast sam opis brzmi niezwykle ciekawie i intrygująco, a jeśli dochodzi do tego improwizacja, to tym bardziej jestem ciekawa 🙂 A skoro większości się podobało to może, aż tak złe to nie było, tylko Tobie do gustu nie przypadło i tyle? Po cóż od razu te insynuacje, że na siłę ktoś kogoś głaskał po główce, bo spodziewał się nagrody 😛 Czasami tysiąckrotnie więcej refleksji przynosi brak słów, niż jakiś wielki monolog 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ale wiesz, właśnie trochę o to chodziło. Mam problem z przyjęciem do wiadomości, że komuś może się podobać coś, co mi się nie podoba. A przecież w sumie w tym jest urok świata!

      Lubię to

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s