„Małe zbrodnie małżeńskie” w Teatrze Mazowieckim – recenzja

Eric Emmanuel Schmitt jest jednym z moich ulubionych autorów. Właśnie „Małe zbrodnie małżeńskie” były pierwszym jego tekstem, z jakim się zetknąłem. Później przeczytałem też trzy inne książki tego autora, równie dobre. To genialny dramat (w znaczeniu szerokim, nie tragicznym), zwłaszcza dla kogoś, kto jest w bardzo emocjonalnym związku, trwającym dłuższy czas. Ukazuje mnóstwo złożonych, przez lata nagromadzonych i pozornie sprzecznych uczuć, jakie istnieją między dwojgiem kochających się od dawna ludzi. Zazdrość i pożądanie to tylko dwa z nich. Są jeszcze: manipulacja, namiętność, ciepło, wzajemne oskarżanie, uśmiech i najlepsze: wściekłość na samego siebie, że tak bardzo się kocha. Jeśli dla kogoś to sprzeczne, niespójne lub głupie, to po prostu znaczy, że nie kocha tak bardzo, jak kocha się tych dwoje: Lisa i Gilles.

Wieczór, jedno pomieszczenie w jednym pokoju. Wchodzi para. Lisa (Katarzyna Herman) pokazuje Gillesowi (Redbad Klijnstra) otoczenie i oczekuje od niego jakiejś deklaracji. Okazuje się, że mężczyzna jest we własnym domu, ale cierpi na amnezję i nie przypomina sobie nawet ukochanego fotela. Z rozmowy widz dowiaduje się jakie są nawyki tych dwojga, osobiste zwyczaje, wzajemne oskarżenia… Wszystkie te drobne rzeczy, które rozwścieczają i wzruszają jednocześnie. Lisa pragnie sprawić, by Gilles wrócił do normalnego życia, a Gilles – jak to ma w zwyczaju – filozofuje. Nie kochała go pani, teraz jest dobra okazja żeby się go pozbyć. To znaczy nie kochałaś mnie, teraz możesz się mnie pozbyć. Szuka dziury w całym, ale najwyraźniej bez złej intencji, po prostu taki jest. Zaś Lisa reprezentuje wiele sprzecznych uczuć, jest jakby przerażona, zaskoczona i uradowana jednocześnie. W mistrzowskich dialogach zawarte jest całe ich dotychczasowe życie, ale szybko zaczyna się okazywać, że jest też jakaś tajemnica. Są rzeczy, których Lisa wolałaby nie wyjawiać. To znakomita okazja dla kobiety: skoro uczy partnera jego samego, to może go wypełnić tylko tym, czym sama chce. I – a jakże! – zaczyna to zręcznie wykorzystywać. Okazuje się jednak, że Gilles pamięta to i owo. Kto kogo próbuje okłamać? Kto manipuluje kim? Co naprawdę wydarzyło się między nimi? Dlaczego Gilles trafił do szpitala? Wychodzi na jaw, że oberwał od Lisy, ale dlaczego? I dlaczego tłumaczenia kobiety niezbyt trzymają się kupy? Zdanie po zdaniu pytania się mnożą, a widz w miarę przebiegu akcji zaczyna sobie na nie odpowiadać. Eric Emmanuel Schmitt w niezwykle celny sposób analizuje związek dwojga ludzi. Wszyscy wiemy, że porozumienie jest wielką sztuką, a czasem jest wręcz niemożliwe. Całość podsumowana jest piękną puentą, z której można wyciągnąć uroczy w swojej prostocie wniosek: miłość przezwycięża wszystko.

Fot. Tomasz Tyndyk
Fot. Tomasz Tyndyk

Bylem niezwykłe ciekawy przedstawienia w Teatrze Mazowieckim. Od kiedy dowiedziałem się, że grają tu Schmitta, chciałem zobaczyć ten spektakl. Okazja nadarzyła się w marcu – szliśmy z Mo podnieceni. To kolejna sztuka o nas – powiedziałem. Tekst znałem, ale zderzenie własnych wyobrażeń z inscenizacją teatralną zawsze jest ciekawe. Scenografia w Mazowieckim jest oszczędna, prosta i działająca na wyobraźnię podobnie jak w „Lekcji”, którą widziałem tu poprzednio, choć bardziej dosłowna: to jakiś pokój w jakimś mieszkaniu. Cała akcja odbywa się w tym jednym pomieszczeniu, dlatego scenografia musiała zagrać tak, by nie znudzić widzów. Zostało to osiągnięte dzięki światłu i muzyce. Klimat poszczególnych scen zmienia się w miarę zmian w uczuciach bohaterów. Mimo to najważniejsi są tu ludzie: mężczyzna i kobieta.

W spektaklu, w którym gra tylko dwoje aktorów, mają oni karkołomne zadanie. Muszą cały czas utrzymać uwagę widza, lawirować nastrojem i grać cały czas bardzo precyzyjnie. Tu niestety Redbad Klijnstra zawodzi. Jest sztywny, sztuczny, pozbawiony uczuć. O ile na początku jest to zrozumiałe i zgodne z oryginalnym tekstem (Gilles wraca ze szpitala otępiały i wystraszony), to w miarę rozwoju akcji powinien się zmienić. W miarę odkrywania kolejnych ziarenek prawdy Gilles Schmitta nabiera coraz więcej emocji, ale Gilles Redbada niestety nie. Prawdą jest, że mężczyźni starają się nie okazywać uczuć, ale to nie usprawiedliwia aktora: w głębi duszy każdy mężczyzna gotowałby się, gdyby przeżywał to, co Gilles. Redbad Klijnstra natomiast sprawia wrażenie, jakby miał kłopoty z pamiętaniem tekstu, a na przeżywanie uczuć bohatera brakowało mu energii. Dodatkowym minusem jest to, że ciągle zamyka oczy, tak jakby chciał tym bardziej uciec od przeżyć Gillesa. Jak to, aktor nie gra oczami? Coś tu się nie zgadza. Chciałbym myśleć, że gdy widziałem przedstawienie, miał zły dzień. Co zresztą nie usprawiedliwia słabej gry. Muszę jednak rzetelnie dodać, że miewa także emocjonujące momenty. Na przykład wówczas, gdy wygłasza do partnerki swoją najbardziej wzruszającą kwestię: Kocham cię, bo z niczym się nie cackasz, bo stawiasz mi czoło. Kocham cię, bo jesteś zdolna mnie uderzyć. Kocham cię, bo jesteś wciąż piękną nieznajomą. Kocham cię, bo pójdziesz ze mną do łóżka tylko wtedy, gdy będziesz miała na to ochotę. Od takich słów mężczyźnie, który tak samo kocha swoją kobietę, kręci się łza w oku.

Katarzyna Herman jako Lisa jest za to znakomita. Ma cały wachlarz uczuć typowych dla kobiety znającej swoją wartość: ciepło, wyniosłość, poczucie humoru, żeńską wściekłość i kontrolowaną oziębłość. To babka, która kocha swojego partnera, ale wcale nie ma ochoty na każdym kroku mu tego okazywać. Najbardziej wzruszająca, dziewczęco nieporadna i jednocześnie tej nieporadności zawstydzona jest wtedy, gdy tłumaczy Gillesowi, jakie to uczucie dla kobiety, kiedy naprawdę głęboko kocha mężczyznę: Jesteś w moich wspomnieniach, w moich marzeniach, (…) trzymasz mnie w szachu. (…) Kochać mężczyznę to znaczy kochać go na przekór sobie, na przekór niemu, na przekór całemu światu. (…) Kocham ból, jaki mi zadajesz, którego nie odczuwam jako bólu, który nie pozostawia śladów. Od takich słów mężczyźnie, który czuje się tak samo kochany przez swoją kobietę, kręci się łza w oku.

Koniec końców oboje są mordercami. Zabijają się nawzajem, bo miłość jest rodzajem śmierci, i żadne z nich nie chce innego zabójcy. Właśnie na tym polegają małe – i wielkie – zbrodnie małżeńskie.

„Małe zbrodnie małżeńskie” to genialny tekst i z pewnością wymagający dla aktorów. Jest ich tylko dwoje, a muszą przejść przez całą gamę emocji, być naturalnymi i nie znudzić widowni. W inscenizacji Teatru Mazowieckiego tak by było, gdyby nie odstający element: Gilles, grany przed Redbada Klijnstrę, przecież wybitnie doświadczonego aktora. Żałuję ogromnie, że ten spektakl jest tak nierówny. Być może moje oczekiwania były wygórowane, ale przecież to nie jest żaden argument. Panie Redbadzie, co się stało?

 

„Małe zbrodnie małżeńskie”
Eric Emmanuel Schmitt
Teatr Mazowiecki
tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
reżyseria: Marek Pasieczny
scenografia i kostiumy: Katarzyna Stochalska
występują: Katarzyna Herman, Redbad Klijnstra

Fot. Tomasz Tyndyk
Fot. Tomasz Tyndyk
Reklamy

2 uwagi do wpisu “„Małe zbrodnie małżeńskie” w Teatrze Mazowieckim – recenzja

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s