„Hobbit – Bitwa pięciu armii”. Zawód

2014_the_hobbit_the_battle_of_the_five_armies-wide

Rok czekania i spory zawód. Cóż dodać… czekam na wersję reżyserską „Hobbita – Bitwy pięciu armii”.

W zeszłym roku kilkakrotnie przypominałem sobie obie Tolkienowskie trylogie Petera Jacksona i niecierpliwie czekałem na premierę ostatniej części „Hobbita”. Piszę to na świeżo, bo właśnie dziś, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, obejrzałem „Bitwę pięciu armii”.

Ten film jest niczym więcej, tylko dokładnie tym: bitwą pięciu armii. Jeśli masz ochotę na kino typu rozpierducha w fantastycznym świecie, to jest film dla ciebie. Ale nie dla fana Tokiena albo kogoś, kto z zainteresowaniem obejrzał rozszerzone wersje wszystkich trzech części „Władcy pierścieni”. Ten sequel „Hobbita” jest pełen uproszczeń i skrótów, a przesadnie rozwinięte są sceny walki. To film o zabawie dorosłych chłopców w wojnę, w imię niezrozumiałych dla mnie ideałów, takich jak honor czy lojalność. Nie tylko ludzkich chłopców, oczywiście. I w ogóle nie tylko chłopców.

Pamiętam o tym, że to nie jest tak naprawdę historia stworzona przez J.R.R. Tolkiena. Ale Peter Jackson – reżyser, pomysłodawca i scenarzysta – jest jedynym człowiekiem na świecie, któremu taki karkołomny pomysł mógłby się udać. Jest ogromnym fanem Tolkiena, znawcą na wylot jest twórczości i mam pełne zaufanie, że to, co robi, jest zgodne z zamysłami angielskiego pisarza. Twierdzę, że pierwsza trylogia Jacksona jest dziełem absolutnie genialnym. Może nie do końca zgodnym z moimi wyobrażeniami, ale wystarczająco. A przy tym doskonale wierna Tolkienowskiemu pierwowzorowi. Dlaczego więc czepiam się „Bitwy pięciu armii”? Bo to film dla gawiedzi żądnej krwi. Magia Śródziemia odgrywa w tym dziele drugorzędną rolę.

Podobno tytuł tego filmu pierwotnie miał brzmieć „Tam i z powrotem”, a więc tak samo jak podtytuł, który Tolkien nadał swojej pierwszej powieści, w zamyśle napisanej dla dzieci, czyli właśnie „Hobbitowi”. Jackson zmienił tytuł, czym najwyraźniej chciał podkreślić treść obrazu. Bo to jest dokładnie tyle: ostra napierdalanka krasnoludów, elfów, ludzi i zwierząt z orkami, goblinami i wargami. Przyczyny i konsekwencje tej bitwy są podane w mikroskopijnym zakresie. Owszem, jest zaślepienie krasnoludzkiego króla Thorina odzyskanym złotem, duma oszukanych ludzi i elfów, zadziorność i buta krasnoludów, oraz oczywiście czyste zło władcy orków Azoga. Ale to są tylko cienko nakreślone zarysy, których źródła musimy się domyślać. Na to domyślanie się można poświęcić długie minuty, w czasie których ekran zajmują efektowne walki i „smaczki” w rodzaju Legolasa skaczącego po rozpadających się kawałkach skalnego mostu.

Na szczęście jest tu sporo dobrych elementów, przede wszystkim świetne aktorstwo. Ian McKellen jako Gandalf jest tak genialny, jak we wszystkich pozostałych częściach obu trylogii. Na przykład w scenie, w której po skończonej walce jakby nigdy nic ładuje fajkę shire’owskim tytoniem i łypie spod oka na Bilba. A propos tej ostatniej postaci: podobno Peter Jackson czekał rok na oczko w kalendarzu Martina Freemana. Jeśli to prawda, wcale się nie dziwię – ten facet jako stworek-domator, który potrafi być sprytny, odważny i mądry, jest wprost rewelacyjny!

Inne sceny/wątki, które uważam za świetne:

  • walka Galadrieli (Cate Blanchett, w dubbingu Danuta Stenka) z odrodzonym Sauronem;
  • zabicie smoka i w ogóle Smaug jako kreacja graficzna oraz aktorska (głos: Benedict Cumberbatch/Jacek Mikołajczak);
  • niespełniona międzygatunkowa miłość Kiliego i Taurieli (przepiękna Evangeline Lilly).

Mo płakała. Mi też łezka kręciła się w oku, gdy ginął ten i ów. Ale mimo wszystko nie warto iść na ten film. Zdecydowanie lepiej poczekać na wersję reżyserską i wytrzymać te 4 godziny w kinie.

hobbit-battle-five-armies-gandalf-poster

Advertisements

5 uwag do wpisu “„Hobbit – Bitwa pięciu armii”. Zawód

  1. Nie lubię prozy Tolkien, nudzi mnie niesamowicie. Hobbita obśliniłem w połowie (jakoś zawsze zasypiałem w tym samym momencie). Władcę pierścieni nonem omen w dużej mierze kopia Bakshiego, obejrzałem z ciekawości, a później już z obowiązku. Filmowa trylogia jest wykastrowana, w moim odczuciu, z ducha pierwowzoru. Skupiono się na paru nieistotnych rozmowach, postawiono na walkę i dokonano przerażających cięć w fabule.
    Pierwszą część Hobbita pominąłem, jako, że nie musiałem pisać z niego recenzji. W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób obejrzałem tuż przed premierą drugiej części. Takie skróty, takie luźniejsze potraktowanie historii moim zdaniem jest trafione w dziesiątkę. Co prawda zgodzę się, że trzecia część opowieści to tylko walka, ale tak na serio, co po smoku mogło jeszcze zrobić wrażenie? Wyszedłem z filmu z lekkim niedosytem. To jest film. I w mojej ocenie jest to pierwsza fajna ekranizacja Hobbita. Btw. wersja reżyserska ma być w kinie? Oo

    Lubię to

  2. Choć trzecia część skupia się na bitwie, przyznam szczerze, że zupełnie mi nie podeszła wojenna strona. I nie dlatego że była to zwykła nawalanka, ale gdzieś zatracił się tolkienowski duch. Niech się krew leje, ale niech chociaż robi wrażenie! Wystarczy porównać bitwy rozegrane we „Władcy Pierścieni” a ostatnim Hobbicie. Żadna z nowej trylogii nie robi tak dużego wrażenia, niestety. Dla porównania kilka dni temu obejrzałam „Powrót króla” – i tam ciary miałam co chwila. W kinie było ich niestety brak…

    Natomiast co do sceny Galadrieli i Saurona – mi ta scena nie przypadła do gustu. Za dużo efektów, na tyle dużo, że przyćmiewały blask Blanchett, a przy tym zaczęło to wyglądać karykaturalnie.

    Polubione przez 1 osoba

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s