„Podróż na sto stóp”. Uczta dla zmysłów

Zdjęcie: Francois Duhamel/DreamWorks
Zdjęcie: Francois Duhamel/DreamWorks

„Podróż na sto stóp” – adaptacja powieści Richarda C. Morais – to film o różnicach kulturowych, o pasji, o miłości, o talencie, o zaangażowaniu, o zrozumieniu inności. I przede wszystkim o jedzeniu. Jednak oddziałuje na wszystkie zmysły, a smak jest tylko jednym z nich.

Ten post jest wynikiem współpracy z magazynem LAIF

Madame Malory (bezbłędna rola Helen Mirren) prowadzi słynną restaurację w górskiej wsi na południu Francji, a naprzeciwko osadza się rodzina hinduskich restauratorów. Dzieci próbują wybić ojcu z głowy zakładanie knajpy hinduskiej vis-a-vis lokalu dysponującego gwiazdką Michelina, ale Papa Kadam (doskonały Om Puri, najlepsza rola filmu) jest uparty: „Może i jada tam prezydent Francji, ale czy może zamówić Murgh Masala?!” Rodzina Kadamów trafia tu niby przypadkiem i pozostaje na zawsze. Jak wiadomo przypadki nie istnieją. Zawiązuje się konflikt pomiędzy nimi a dystyngowaną restauratorką na gruncie konkurencji i odmienności. Ten konflikt ogniskuje się wokół jedzenia, bo jedzenie to emocje.

Okazuje się, że obie restauracje jakimś cudem mogą funkcjonować naprzeciw siebie. Być może napędza je wojna pomiędzy właścicielami, która szybko przeradza się w „coś więcej niż przyjaźń” zgodnie z maksymą kto się czubi ten się lubi. Zwłaszcza że czubiący się mają wspólną pasję.

Miłość zawiązuje się także między szefem kuchni Kadamów, synem Hassanem (Manish Dayal) a zastępczynią szefa kuchni u madame Malory – Marguerite (Charlotte Le Bon). Wkrótce jednak Hassan dowodzi Malory swój talent i jego kariera rozpoczyna się na dobre. Wyjeżdża do Paryża, gdzie rozwija swój wyjątkowy zmysł łączenia tradycyjnej kuchni hinduskiej z europejską. Tam też pogrąża się w samotności i obsesyjnym perfekcjonizmie. Tu ukazuje się ogromna wada tego filmu: uproszczenia. Wykorzystano stereotypowe kontrasty: miasto-wieś, rodzina-samotność, tradycja-innowacja. Rozumiem, że gdyby pociągnąć te wątki głębiej, film mógłby być przegadany, ale w konsekwencji jest uproszczony i szyty grubymi nićmi. Przynajmniej w środkowej części. Może reżyser Lasse Hallstrom chciał zbyt wiele treści z książki upchnąć w filmie? Może lepiej byłoby skupić się na mniejszej liczbie, ale za to lepiej nakreślonych tematów?

Bo tematów jest tu naprawdę dużo. Chyba najważniejszy jest wątek różnic kulturowych i wynikających z nich nieporozumień. Madame Malory początkowo nie potrafi znieść głośnego trybu życia Hindusów (na co stary Kadam odpowiada: „Mogę ściszyć muzykę, ale podkręcę ogień!”). Jednak w momencie gdy wandale próbują zniszczyć hinduski lokal, Malory przypomina sobie hasła wolności i braterstwa, które niosą słowa Marsylianki. By zmyć francuską hańbę, sama czyści antyhinduski napis z murku dzielącego lokale. To znakomite sceny, w których Mirren i Puri pokazują wielkie aktorstwo. Padają zdania: „Hindus nigdy nie będzie Francuzem, a Francuz Hindusem! – Zdaje się, że właśnie spędziłam cały dzień na zmywaniu takich słów z twojej ściany”. Oboje uświadamiają sobie, że tak naprawdę ich kultury są od siebie oddalone nie więcej niż dystans dzielący restauracje, czyli sto stóp. Tym zaś, co je łączy, jest zmysł smaku.

Wszystko kreślone jest delikatną kreską. Smaku nie da się opisać ani pokazać, ale „Podróż na sto stóp” sprytnie wykorzystuje inne zmysły. Jedzenie jest piękne i kręcone bliskimi obrazami, w niezwykłym otoczeniu gór południa Francji. Romanse zawiązują się na tle parujących specjałów i niemal fizycznie obecnych zapachów. Zaś zmysł słuchu poruszany jest emocjonującą muzyką Indii i kontrastującą z nią, stonowaną „klasyką” z kategorii muzyki do windy. To w połączeniu z sztywną dystynkcją madame Malory odbija się od emocjonalności Hindusów i ma po prostu efekt komiczny.

W miarę rozwoju fabuły zmysłowe obrazy oddają miejsce bardziej dynamicznym scenom, jakby nie pasującym do konwencji. To przeszkadza, ale wydaje się, że ma swój cel. Hassan zatraca się w Paryżu, tęskniąc za rodziną, tradycyjnymi smakami i wielkimi oczami Marguerite. Powstaje pytanie: czy wróci na wieś, do rodziny, do ukochanej? Warto się przekonać, idąc do kina na ten film, nawet mimo jego niedociągnięć i uproszczeń. Bo „Podróż na sto stóp” jest przede wszystkim niezapomnianą ucztą dla zmysłów.

Ten tekst ukazał się w magazynie LAIF.
Reklamy

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s