„Lucy”. Niestrawne arcydzieło

Źródło: weeatfilms.com
Źródło: weeatfilms.com
Ten post jest wynikiem współpracy z iMagazine
Luc Besson jest mistrzem dobrych opowieści. Jego najnowszy film „Lucy” jest historią o dziewczynie (Scarlett Johansson), która miała bezpiecznie przetransportować narkotyk w torbie zaszytej wewnątrz brzucha. W wyniku pobicia (które nastąpiło dlatego, że jest kobietą, bo do pozostałych czterech mułów nikt się nie dobiera) substancja przedostaje się do jej krwiobiegu. I powoduje gwałtowny wzrost inteligencji przez otwarcie nieużywanych stref mózgu. To mogłaby być całkiem niezła historia.

Jak tłumaczy profesor Norman (Morgan Freeman), w warunkach sprzyjających organizmy dążą do rozmnażania się, zaś w niesprzyjających ― do nieśmiertelności. Wydaje się, że to ma sens. Istnieją na przykład żaby, które w porze suchej zakopują się na wiele miesięcy w piasku i wychodzą dopiero wówczas, gdy klimat pozwala im się rozmnożyć. Gdy Lucy orientuje się, że nie przeżyje dłużej niż 24 godziny, opracowuje plan pozostania nieśmiertelną. Wykorzystuje przy tym tezy profesora, które rozszerza o własne obserwacje dotyczące czasu. Bo czas według Lucy jest jedynym sensem i dowodem naszego istnienia.

Zagubieni? To dopiero początek. Najnowsze dzieło Luka Bessona składałoby się w sensowną i emocjonującą historię, gdyby nie przesyt pomysłów. Ten film to klęska urodzaju, a jednocześnie strasznie dużo tu tautologii. Sceny, w których całkiem zwykła jeszcze dziewczyna zostaje złapana przez gangsterów, są podkreślone przebitkami z polowania tygrysów na gazele. Wygląda to efektownie, ale trudno o bardziej oczywistą przenośnię. Albo tytuły rozdziałów. Zaczynamy od „10%”. Gdyby ktoś nie zrozumiał, postaci spieszą z wyjaśnieniem, że chodzi o to, jaki procent mózgu wykorzystuje w danej chwili Lucy. Potem jest „20%”, „40%” i tak dalej. Wreszcie, gdy zbliżamy się do kulminacji, jest „99%”, a potem… Zgadliście! Gdzieś w połowie filmu pojawiają się też przenośnie do przemijającego czasu, zgodnie z obserwacjami Lucy. Tyle że to jest opowiedziane w zbyt zawoalowany, efektowny sposób. Widowiskowe sceny, szeroki gest, wszystkie możliwe gatunki: od pościgu przez strzelaninę po science fiction plus elementy prehistorii. Jasne, sztuka im bardziej niewyraźna tym lepsza, ale czy naprawdę chodzi o to, żeby skołować widza i nie dać mu punktu oparcia? Przeładować go komunikatami, jakby oglądał reklamę albo teledysk, a nie pełnoprawny film fabularny?

Brutalnym przykładem nielogiczności i powierzchowności jest profesor Norman. Dlaczego na jego wykład przychodzą dziesiątki podnieconych studentów i tyleż poważnych badaczy, jeśli Norman nie stawia żadnych naukowych tez, a jedynie niejasne hipotezy? Jak może się cieszyć poważaniem naukowiec, który na dość oczywiste pytanie odpowiada „Nie mam pojęcia”? Przyznam, że obejrzawszy zwiastun spodziewałem się dużo po tej postaci. Niestety profesor jest nieciekawy, płytki ― oczywiście to nie zarzut do aktora. Ba, wydaje się, że ta rola byłaby nie do uratowania, gdyby nie zagrał jej genialny Morgan Freeman. On uwiarygodnił tę postać dalece, jak tylko się dało.

Jest tu jednak wiele elementów, które muszę bardzo dobrze ocenić. Scarlett Johansson jest doskonała, a przecież ma trudne zadanie. Najpierw musi przejść przez wachlarz ludzkich emocji: znudzenie, wściekłość, przerażenie, opanowanie, bezsilność. A w miarę uwalniania się narkotyku zyskuje nadludzką pewność siebie i spokój. Staje się wypruta z wszelkich emocji znanych człowiekowi, chłodno działa, zmierza do celu. Besson stawia tezę, że tylko używając niewielkiej części mózgu jesteśmy ludźmi. Jedynie używając kawałka naszych możliwości intelektualnych jesteśmy wrażliwi na piękno, potrafimy kochać i nienawidzić. Jeśli zyskamy wyższe moce, staniemy się na powrót istotami walczącymi o przetrwanie. To genialne założenie! A także karkołomne wyzwanie dla aktorki, bo była zmuszona nie grać po ludzku. Luc Besson mówi, że wybrał ją właśnie dlatego, że to zrozumiała. Ta postać wymaga sięgnięcia do żadnych dotychczas znanych odniesień, a jedynie do fantazji. Sposób, na jaki Lucy wpada, by zyskać nieśmiertelność jak wirus, który trwa uśpiony całe dekady, jest rzeczywiście rewelacyjny. To, jak Lucy opanowuje czas, by znaleźć się w każdym momencie życia wszechświata jednocześnie, kładzie na łopatki. A towarzyszące tym wydarzeniom obrazy są wizualną ucztą. Na przykład sekwencja, w której Lucy obserwuje historię powstania Nowego Jorku, cofając się w czasie aż do czasów indiańskich i wcześniej, do prehistorii. To wszystko robi wrażenie, ale także sprawia, że film pęka w szwach.

Wielu krytyków zarzuca Bessonowi, że nie trzyma się sztywno faktów. Podobno teoria, że używamy na co dzień tylko 10% mózgu, została obalona naukowo. Moim zdaniem to nieistotne. Zresztą sam reżyser mówi: To nie jest dokument o mózgu – to film, z którego ma płynąć przyjemność. Mój zarzut jest inny: ten film jest przeładowany, i to nawet nie treścią, lecz zbędnymi ozdobnikami.

Pozostaje wrażenie, jakby Besson starał się zrobić film dla istot o inteligencji Lucy. Nie jestem przekonany, że się udało. Osiąga wprawdzie taki cel: półtorej godziny wydaje się w kinie trwać 20 minut. Tylko co z tego? Dobry film powinien zostawiać niedosyt. Ten pozostawia przesyt, co powoduje, że nie da się go zapamiętać, ani nawet jednoznacznie ocenić. To nie jest dzieło na miarę „Leona zawodowca” czy „Wielkiego błękitu”. To jest arcydzieło, ale kompletnie niestrawne. A może po prostu nie używam pełnych możliwości mojego mózgu?

Ocena: 6/10
Ten tekst ukazał się w iMagazine 9/2014 (kliknij aby pobrać ten numer)
Reklamy