Science Fiction

bigbang

Uwielbiam Lema. Tę jego niepohamowaną wyobraźnię. Niesamowite, a jednak zawsze wiarygodne pomysły. I do tego swobodę językową, której większość autorów może mu pozazdrościć. Ale ostatnie moje kontakty z literaturą i filmem S-F nie były Lemowskie. A dokładnie: nie tylko Lemowskie.

Przeczytałem ostatnio kultową pozycję gatunku S-F: „Grę Endera” Orsona Scotta Carda. Bardzo mnie wciągnęła, a na koniec nieco zawiodła. To opowieść o chłopcu, który przez możnych tego świata jest kształcony na głównego lidera wojsk, zbawcę świata. Liczyłem, że ważniejsza będzie psychologia dziecka i ogólniej człowieka, niż samo uratowanie ludzkości. Dramat pojednyczego człowieka, zwłaszcza tak ciekawego jak Ender Wiggin, jest bardziej interesujący niż abstrakcyjny dramat ludzkości. To chyba wynika z naszej psychiki – bliższy nam jest jeden człowiek niż cała ludzkość.

Wątek samotności Endera był ważny i jakoś urwał się w połowie. Liczyłem na to, że historia z kosmitami (zwanymi tu robalami) była wymyślona przez złych ludzi po to, by folgować bieżącym celom politycznym na Ziemi. Choć po jakimś czasie dotarło do mnie, że atak na robale tak naprawdę sfingowany był przez Ziemian, którzy chcieli szybko zająć ich siedliska. Czyli jednak cel polityczny! Gdy przetrawiłem tę książkę i skonfrontowałem z innymi pozycjami, uznałem, że to jednak świetna opowieść o ludzkości.

Potem wciągnąłem kilka filmów z serii „Planeta małp”, w tym najnowszy – „Ewolucję planety małp” oraz przeczytałem oryginalne opowiadanie Pierre’a Boulle’a. To wszystko przy okazji felietonu, który pisałem dla HIRO (umieszczę go tu wkrótce, możesz go też przeczytać na stronie HIRO). Przy okazji przypomniałem sobie też filmową wersję „Kongresu futurologicznego” Lema i w konsekwencji przeczytałem też książkę. To jest jedna wielka ćpuńska wizja przyszłości, w której wariactwo jest na porządku dziennym i nie wiadomo co jest prawdą, a co snem. Zarówno książka, jak i film stanowią niezłą psychodeliczną rozrywkę o głębszej wartości.

I doszedłem do wniosku, że ideą gatunku science fiction jest to, by pokazać człowieka na specyficznym, wymyślonym tle przyszłości. Bo na tym tle jeszcze wyraźniej ukazuje się kondycja ludzkości.

Okazuje się, że do poruszenia wyobraźnią widzów nie potrzeba wcale potworów, czy to kukiełkowych, czy komputerowych. Przypomniał mi się film „Big Bang” Andrzeja Kondratiuka z 1986 roku. Gra tu sama cudna śmietanka polskiego aktorstwa: Zofia Merle, Bożena Dykiel, Franciszek Pieczka… Genialną rolę wiejskiego prowodyra gra Janusz Gajos. A jeszcze lepszy jest Roman Kłosowski jako pan Kazimierz, wioskowy żul-filozof. Film wypełniony jest znakomitym aktorstwem, jakby wprost z desek teatralnych.

Idzie o to, że we wsi, tuż za lasem, wylądowali kosmici. Coś trzeba z tym fantem zrobić – ludzie się naradzają w środku nocy. Cała akcja dzieje się niemal w jednym pomieszczeniu domu należącego do rolnika, na polu którego kosmici zrobili sobie lądowisko (w tej roli niezwykły Ludwik Benoit).

Co robić? Przede wszystkim trzeba ich powitać. To wszystko jest rozbrajająco śmieszne:

  • Wylądowali, sytuacja tego wymaga, trzeba postawić flaszkę. Nie ma flaszki, to trzeba budzić sklepową!
  • Na pewno przywiozą kasetowiec! Ciekawe, co się w niebie tańczy!
  • Trza ich zajść politycznie: skomplementować, zaprosić, wydać poczęstunek. Jak człowiek chce, to się zawsze jakoś dogada. Jak im będzie nie w smak czysta, to jest kolorowa!
  • A skąd wiesz że one są pijące, te kosmity?
  • No jak, chore chyba nie są?!

Sytuacja zmienia się z niezłej imprezy w pełną zadumy wieczerzę, gdy wchodzi pan Kazimierz. Dostaje on odpowiedzialne zadanie pierwszej rozmowy z obcą cywilizacją. Żarty się kończą:

  • Jak obcym przetłumaczyć zło i niesprawiedliwość świata?
  • Ależ panie Kazimierzu… Człowiek jest dobry!
  • Człowiek jest dobry?! Człowiek z człowieka mydło wyprodukował i swoje oblicze nim obmył. Jest się czym pochwalić: Oświęcim, Hiroszima, Nagasaki!

W końcu domownicy wściekają się na nieszczęsnego pana Kazia za to filozofowanie, które bądź co bądź uderza w nich samych. I wyrzucają go z domu. Puenta jest śmieszna i wzruszająca zarazem. Polecam. Dodajmy, że od początku do końca żadni kosmici nie pojawiają się w kadrze. Nie muszą! Przecież nie o nich tu chodzi!

Takie science fiction jest dużo lepsze niż amerykański rozpieprz, nawet ze śladami dobrej opowieści, jak w „Ewolucji planety małp”.

Advertisements

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s