Schizofrenia cz. 2

robinwiliams

Rozdwojenie jaźni. Wyjątkowo silne w zawodzie aktora, ale… mam wrażenie, że towarzyszy nam częściej, niż się wydaje.  

Niniejszy post jest kontynuacją tego postu

Interesującym połączeniem tego powszechnego rozdwojenia jaźni i aktorstwa jest, przybyły do Polski zza oceanu i coraz częściej u nas widoczny, gatunek Stand-up. To ten typ komedii, który solo wykonują znakomici amerykańscy aktorzy w wypełnionych po brzegi salach na dziesiątki tysięcy osób. W telewizji go nie ma i nie będzie. Dlaczego? Bo jest politycznie niepoprawny, mówi wprost i to tak, jak mówi się normalnie, czyli z odpowiedniej wagi przerywnikami. Przy tym jego jedyna zasada brzmi: żadnych ograniczeń, brak skrupułów, zero jeńców. Celem jest rozbawienie publiczności do łez, a jeśli tak, to trzeba ośmieszyć to, o czym się opowiada. Albo o kim. Standupowcy się nie cackają. Jest mowa o „pierdach testowych” lub zapachu „pizd anchovies” wydzielanym spod pachy (oba cytaty z George’a Carlina), no i cały czas lecą kurwy. To dość wzruszające, że tłum ludzi, na co dzień przykładnych mamusiek, tatusiów, babć, dziadków, wzorów dla młodzieży, biznesmenów, sklepikarzy i ogrodników, wybiera się na niegrzeczny i okrutnie śmieszny pokaz, by na chwilę przestać żyć poprawnie. Wszyscy mamy taką potrzebę. Może nawet dzięki temu ci ludzie będą potem jeszcze grzeczniejsi, spokojniejsi i naprawdę nie będą kląć przy dzieciach? Może taki rodzaj oddechu jest nam niezbędny do życia? Może nawet publiczna telewizja, by wreszcie zasłużyć sobie na myto abonamentu, powinna wciągnąć do programu najostrzejsze wystąpienia stand-up i w ten sposób przyczynić się do równowagi psychicznej społeczeństwa?

Zawsze mi się podobał ten przedziwny, niekulturalny rodzaj humoru. Zwłaszcza gdy prezentują go tacy geniusze, jak Robin Williams czy Jim Carrey. Zwłaszcza ten pierwszy, nobliwy i uśmiechnięty aktor, genialnie prowadzi monolog przez bite dwie godziny i nie tylko ani na moment nie obniża poziomu, ale nawet czasem jeszcze go przekracza. A czasem nawet wpada w interakcję z publiką, a właściwie śmieszną do bólu pyskówkę. Widziałem też jego występy sprzed lat i choć ewidentnie jest w nich na bani (jest alkoholikiem), jego interakcja z widownią jest jeszcze bardziej spontaniczna, a dowcipy wyrazistsze. Polecam poszukać, a każdy powinien zobaczyć ten występ (raczej nie do strawienia za jednym posiedzeniem!):

Więcej o standupie pisze znajomy bloger i standuper Jego Eminencja Biskup, polecam:
http://jegoeminencja.pl/2013/08/14/czym-sie-rozni-stand-up-od-monologu/
Mistrzem amerykańskiego stand-upu jest George Carlin. Przyznam, że pierwszy jego numer, który widziałem, niespecjalnie mi się podobał, brakowało w nim wyrafinowania. Już miałem się zawieść, ale obejrzałem inne rzeczy i potwierdzam, jest mocny. Polecam zwłaszcza znakomity tekst o eufemizmach, które zastępują normalną czytelną komunikację:

Te carlinowskie eufemizmy to kolejny przykład powszechnego rozdwojenia jaźni. Zależy nam na politycznej poprawności, więc uczymy dzieci nie mówić tzw. brzydkich słów, podczas gdy sami kurwimy przy nich na całego, gdy tylko sytuacja sprawi, że poczujemy się do tego uprawnieni. Albo uczymy ich debilnego zdrabniania, jednocześnie domagając się „dorosłych” zachowań.

Generalnie (zbyt?) często uderzamy w absurdalne, okrężne sformułowania na rzeczy, które da się określić jednym słowem, tak jakbyśmy się go bali. Stąd się wziął słynny komunistyczny „zwis męski” zamiast krawata. Stąd też kretyńskie formułki typu „Uprasza się o nieśmiecenie”, które widuje się jeszcze tu i ówdzie. Podejrzewam, że ma to taki mechanizm: siedzi jakiś przykładowy pan, co z zawodu jest dyrektorem, i myśli „jak mądrzej poprosić, żeby ludzie nie śmiecili?” I udaje intelektualistę, choć jest skończonym kretynem. Czy takie udawanie, że się jest kimś innym, nie jest czystym objawem schizofrenii? A wymyślanie rzeczonych eufemizmów, czyli słów, które mają znaczyć to samo, jednocześnie udając, że znaczą coś innego, także nie jest rozdwojeniem jaźni? Swoją drogą w „Melindzie i Melindzie” usłyszałem najlepszy eufemizm od dawna, o kimś, kto ma twarz podobną całkiem do nikogo: „Ma regularne rysy”.

A tu jeszcze jeden cytat z tejże samej „Melindy i Melindy”, który genialnie podsumowuje temat:

– Masz łzy w oczach.
– Ta melodia przywodzi wspomnienia. Grano ją, gdy kogoś poznałam.
– Czy to łzy smutku czy radości?
– Czyż to nie te same łzy?

Czyż płacz radości nie jest analogiczny do płaczu smutku? Czyż życie nie ma równie blisko do tragedii, co do komedii?
Czyż schizofrenia, rozdwojenie jaźni, czy jak tam to nazwiemy, nie jest po prostu kawałkiem człowieczeństwa?

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Schizofrenia cz. 2

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s