Śmierdzi skandalem

robot2

Na scenie stoi robot. Wchodzi dziewczyna, widzi go, zaczyna się nim interesować. To byłby piękny mężczyzna, gdyby był żywy. Przygląda się mu, otacza go tanecznie, próbuje go sobą zainteresować. On nie reaguje ani na przechodzenie naprzeciwko, ani na podrygiwanie, ani na machnięcie ręką przed oczami. W końcu dziewczyna staje naprzeciw i układa się dokładnie tak jak on. Na ułamek sekundy zastyga identycznie, potem porusza ręką przeciągle. Robot reaguje i powtarza ten ruch. Dziewczyna to zauważa i uśmiecha się, chce, żeby to trwało. Porusza ręką, potem dołącza drugą, a robot wszystko powtarza. Zaczynają poruszać się tanecznie, bardzo zmysłowo. Ona zakochuje się, tańcem mówi mu, że go kocha, a on odpowiada. Tańczą. Ale robot wciąż jest robotem, ma niewidzące oczy. Dziewczyna marzy, by ożył. Nagle przytula go, jak gdyby sądziła, że jest już żywy. Lecz on na to nie reaguje, wręcz zdaje się cofać wystraszony i zastyga w sztucznej pozie.

Dziewczyna smutnieje. Próbuje poruszyć robota, ale bezskutecznie. Dotyka go, próbuje się zatroszczyć, bez skutku. W końcu staje obok niego i dokładnie powtarza jego pozę. Zamiera razem z nim, po to, by powtórzyć sytuację, gdy udało jej się go wybudzić. Ale to nie działa. Dziewczyna zamiera tak jak robot i oboje trwają w identycznych pozach, obok siebie.

Nagle robot się budzi. Zaczyna poruszać ręką, i drugą, jakby sam się temu dziwił. Dotyka się, bada. Już nie jest robotem, zrozumiał, że jest mężczyzną. Cieszy się otrzymanym życiem, rozgląda tanecznie, bada powietrze i ziemię. Dociera doń, że ożył, a dokładnie… przejął życie od dziewczyny. Przypomina sobie o niej, podbiega i próbuje pociągnąć ją za sobą, udać się w świat razem z nią. Ale ona nie reaguje – jej dłoń opada bezwiednie. Chłopak odwraca się i z niedowierzaniem chwyta jej ręce, które opadają ponownie. On nie może w to uwierzyć: jak to, ona jedyna się nim zainteresowała, poruszyła go, akceptowała, w końcu tchnęła w niego życie, a teraz sama je straciła? Pojmuje, że teraz na zawsze będzie ją kochał. Ale pozostaje śmiertelnie nieszczęśliwy. Choć ożył, umarł w środku. Chwyta znów jej ręce, ale one są zimne – odrzuca je jakby z wściekłością, że miała czelność umrzeć. Jak mogła mu to zrobić? Jego wściekłość powoli przechodzi w bezsilność, w końcu w rozpacz. Płacze.
______________________________

W założeniu to jest etiuda ruchowa. W założeniu, bo realizuję ją ja, który nienawidziłem lekcji gimnastyki od pierwszych dni w szkole, a w liceum zdawałem komisa z wuefu. Wraz z koleżanką N., która nie ukrywa, że ruchowo też jest głęboko w polu. Łączy nas także to, że obojgu bardzo się chce. Dlatego umawiamy się w sali prób i ćwiczymy bite pięć godzin wieczorno-nocnych, na co nie wiem jakim cudem zgadza się moja kochana żona Mo. Podczas tej tytanicznej pracy dochodzimy do stanu, w którym chcemy rzucić całe to aktorstwo w diabły, ale jakoś docieramy do ostatecznego kształtu sceny. I udaje nam się ją sensownie zgrać z muzyką. Mimo wszystko rozstajemy się przerażeni. Śmierdzi skandalem. Naszą jedyną szansą jest to, że po najbliższych zajęciach nastąpi miesiąc przerwy, więc przynajmniej kompromitacja pójdzie w niepamięć.

Pokazujemy to na sobotnich ćwiczeniach z Tomkiem Gęsikowskim. Mimo dopracowania w ostatnich sekundach przed lekcją nic się nie zmienia – nadal ruszamy się jak para starych, chorych kapibar. Nasza etiuda ruchowa okazuje się etiudą, ale nie ruchową. Jednak wydaje się, że się podobało. Koledzy odebrali nasz pomysł z robotami, widzieli ich ożywanie i miłość. Najważniejsze jednak, że nie dostaliśmy bury od prowadzącego. Nie wiem na ile taka ocena wynikała z litości, a na ile z meritum, ale psor był naprawdę powściągliwy. Zwłaszcza jeśli porównać z jego ocenami wcześniejszych etiud, które graniczyły z rozdrażnieniem. W każdym razie mamy materiał, nad którym będziemy pracować dalej. A na problem ruchowy zostało nam zaproponowane wyjątkowo skuteczne w swej prostocie rozwiązanie: mamy zatrudnić trzecią osobę, która z ruchem radzi sobie dobrze. My kapibary mamy się na niej po prostu „powiesić”, czyli zwalić na nią ciężar gatunkowy etiudy ruchowej. Mamy wyznaczoną koleżankę E., co do której mam pewne nadzieje i nie mniejsze obawy. Śmierdzi skandalem.

Jednym z zadań domowych było przygotowanie sceny z dramatu, którą należało rozpisać na kilka osób i przedstawić podczas próby czytanej. Niestety wpadają mi do głowy same komedie i w ogóle jestem niezbyt przygotowany teatralnie. Dlatego wybieram klasykę: scenę końcową z „Romea i Julii”, w której wszyscy spotykają się w grobowcu rodzinnym Kapuletów, gdzie Julia za chwilę ma się ocknąć. Gdy to robi, Romeo i wszyscy inni już nie żyją, więc sięga po sztylet:„Idą, czas kończyć. Zbawczy puginale
Tutaj twoje miejsce. Tkwij w tym futerale!”

Nie mogę się powstrzymać przed interpretowaniem tego wstrząsającego fragmentu seksualnie, ale ten typ tak ma. W każdym razie rozdzieliłem role kilku chętnym koleżankom i kolegom (kliknij tutaj, aby przeczytać całą scenę). Dodać muszę, że przygotowałem się – jak się wydawało – rzetelnie, to znaczy przypomniałem sobie całość dramatu i miałem na świeżo kto kim jest i dlaczego. To nic nie pomogło. Zanim przystąpiliśmy do próby, musieliśmy nakreślić tło utworu, przedstawić autora w paru mądrych słowach. Nie potrafiłem. No ale spróbuj – mój drogi, wykształcony i oczytany czytelniku – powiedzieć z marszu coś więcej o Szekspirze niż to, że był siedemnastowiecznym, romantycznym dramaturgiem z Anglii, pionierem teatru i wzorem dla naszych wieszczów. Jeśli to zrobisz, szacunek. Jeśli nie, łączę się z tobą w bólu z powodu kompromitacji. Też ją przeżyłem. Śmierdzi skandalem.

Mimo wszystko zajęcia sobotnie tchnęły we mnie jakiś nowy rodzaj optymizmu. To przestają być zmagania na skalę pionierską. Oczywiście zdążyłem się już przyzwyczaić do ostrej zjebki ze strony psora Gęsikowskiego na start lekcji, takiej za całokształt raczej. Dość, że z każdą minutą potem jest lepiej. Niektóre etiudy wciąż powtarzają te same błędy i dosłowności, ale zdarzają się też takie, przy których wszyscy wstrzymujemy oddech. No i na koniec lecimy z naszą etiudą grupową do muzyki, o której już pisałem tutaj (kliknij). Rozkręcamy ją, wnosimy nowe pomysły i rozwijamy stare. Moim zadaniem jest zapanować nad wszystkimi i nie wiem czy to się udaje. Chyba tak, skoro pomysł się rozwija. Lekcję z Tomkiem kończymy pozytywną energią, która kumuluje się we wspólnym działaniu. Umawiamy się na próby wkrótce.
______________________________

Następne zajęcia w sobotę, z psorem Witkiem Wielińskim, również okazały się bardzo pozytywne. Kilkakrotnie powtórzyło się „ok”, a nawet „dobrze”. To aż wzruszające, że zasługujemy na takie oceny, nikt się tego nie spodziewa! Kolejny raz graliśmy z K. naszą scenę rozstania – pierwszy raz dobrze! Przećwiczyliśmy to kilkakrotnie, choć ciężko było namówić tę leniwą cholerę na korytarzową próbę. Podobno w szkole aktorskiej takie etiudy ćwiczy się przez pół roku non stop, wiele godzin dziennie. Czyli można, czyli aktorstwo to też kwestia wprawy. To jakoś nastraja pozytywnie. Chce się działać, fmamać.

Nadal jest pełno śmiechu. W sobotę było go wyjątkowo dużo, tak jakbyśmy – łącznie z grupą „be” –  wszyscy się upalili albo i po kresce wciągnęli. Śmierdzi skandalem, ale trudno nie czuć się dobrze w takiej atmosferze. Jest na pewno bardzo luźno. Psor Witek ciągle narzeka jaka to jest przeraźliwie trudna praca i ile to go wszystko kosztuje, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że on akurat bawi się najlepiej ze wszystkich. Uśmiech schodzi z jego lic tylko na czas gdy ogląda scenę, i jeszcze na kilka chwil po jej zakończeniu, ale potem zaraz wybucha wesoło. Za chwilę następuje jakaś trafna i z reguły złośliwa uwaga. Chociaż – muszę stwierdzić – to przestało być regułą. Nawet zdarza się coraz rzadziej!

Zadaniem na sobotę, na już, była reklama. Musieliśmy w tempie ekspresowym wymyślić produkt i jego zalety, napisać scenariusz, wyreżyserować oraz zagrać spot reklamowy, czyli być zleceniodawcą, agencją produkcyjną, copyrighterem, reżyserem i oczywiście aktorem w jednym. Widocznie budżet był niewielki… Tak czy inaczej działamy i tu także śmiechu jest co niemiara. Wszystko zostało nagrane i jest podobno arcyśmieszne również w oglądaniu, o czym przekonamy się w styczniu. Jednak jestem nieco zawiedziony, że moja prześmiewcza reklama krzesła, nadużywająca mądrych słów typu „innowacyjny”, „ergonomiczny” czy „ponadczasowy”, nikogo nie rozśmieszyła. Nie wiem, czy była aż tak dobra, czy aż tak zła. Śmierdzi skandalem.

W niedzielę zaś gramy nowe etiudy w grupach. Zadany jest temat i trzyscenkowa forma, przy czym w każdej scence może się pojawić jedno słowo. Straszliwie kombinujemy z koleżankami A., O. i Z. Rozbijamy się o konflikt, czy nasz pomysł nie będzie kolejną „scenką rodzajową”. Tracimy wątek, koncentrację i humor. W ostatnich minutach O. rzuca na rybkę metaforyczny pomysł, który jest mocno niezrozumiały dla mnie – może zbyt kobiecy, a może zbyt mądry. Jestem bezradny, ale postanawiam zdać się na O., która rzuca nie znoszące sprzeciwu „zaufaj mi”. Gram dokładnie to, co O. każe, może w obawie, że mnie ukarze. Śmierdzi skandalem. Nie widzę tego przed graniem, ale podczas grania jakimś cudem składa się to w całość. Prawdopodobnie dlatego, że gramy zamiast myśleć. Dostajemy całkiem pozytywną ocenę, plusa za symbolikę i cholernie miłe „to się ogląda”. Jestem w szoku, to dla mnie przeogromna lekcja. Drugi przebłysk aktorskiego natchnienia, bardzo przepraszam za uzurpację takich sformułowań. Nie wolno myśleć, trzeba działać. Inna rzecz, że daję się zdominować przez kobietę, co gorsza, nie jest to Mo.

W trakcie lekcji dowiadujemy się wielu interesujących i zabawnych rzeczy, na przykład jak rozwalić przedstawienie potrafi jedno krzesło, które nie stoi tam, gdzie powinno, albo jakie psikusy kolegom robił Wiesław Michnikowski, mój mistrz. Zaś po zajęciach odbyła się jeszcze jedna, przedziwna akcja. Już-już kończymy, a tu do sali wchodzi grupka ludzi, najwyraźniej z drugiej grupy, ale nie znam ich przecież, w rękach trzymających świeczki i opłatki. To nasze ostatnie oficjalne spotkanie przed świętami, więc pomysł jest zrozumiały, lecz dla mnie jakoś niestrawny. W naszej grupie zdążyliśmy się już zżyć, życzenia świąteczne byłyby tu uzasadnione i miłe, ale gdy mam łamać się opłatkiem z obcymi osobami, to przepraszam, nie mogę. Koleżance, która zdążyła mnie dopaść, rzuciłem, że wiara nie pozwala mi się dzielić opłatkiem, gdyż jestem żydem (ach, gdyby wzrok mógł zabijać…), a następnie po prostu uciekłem. Schowałem się w ciemnym kącie za drzwiami. Śmierdzi skandalem. Naprawdę, najszczerzej przepraszam moich kolegów współaktorów za to obrzydliwie aspołeczne zachowanie, ale nie mogłem się na to zgodzić. Święta to święta, dla mnie są niezwykle intymne.

Wypełniony poczuciem winy udałem się do domu. Lecz, mimo tego ohydnego zakończenia w moim wykonaniu, ten weekend był niezwykle sympatyczny, wzruszający wręcz. I bardzo, ale to bardzo motywujący. Chyba nie czułem się jeszcze tak związany emocjonalnie z grupą. Pomijając pracę i zespoły muzyczne, od czasów liceum generalnie nie czułem się częścią jakiejś grupy. To śmierdzi skandalem.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Śmierdzi skandalem

Podoba Ci się? Nie? Napisz!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s